Obiad kategorii II

14-02-2014, 09:00
Kategoria: 

Obiad kategorii II

Aż mnie zatkało! To jest takie miejsce, do którego powinno się zaglądać z rodzicami – dla nich ten styl, te nazwy, ten szyk, to byłoby coś akurat na miarę ich wspaniałych wspomnień. Restauracja-bar „Kameralna” przy Foksal w Warszawie. Miejscówka ku pamięci PRL i przedwojnia. Boska!

Dania kategorii I i dania kategorii II. Mortadela eksportowa panierowana. Krem sułtański. (Kto pamięta krem sułtański?!) Sztuka żeberek 0,5kg. Sznycel z burakami. Placki z tatarem ze śledzia. Pięćdziesiątka zimnej wódki do galarety.

Uuuups! To nieprawda. Jesteśmy w Unii, nie w PRL, wódkę w kieliszkach znormalizowano i podaje się wyłącznie w formacie 40 ml. Ale jak kto chce, może zamówić… koniak z owocem południa: pod tą nazwą kryje się przyzwoicie zmrożona pięćdziesiątka czystej i ogóreczek kiszony. Polak potrafi.

Fot. kam1

Wszystko jest jak w dawnej Kameralnej. Nawet kelner w ząbek czesany ma biały kitel, a pomagierka zasuwa z żelazkiem prasując obrusy na oczach klienta, żeby widział, że świeże, a co.

I muzyka jest. Kiedy nie jest na żywo, a dancing jest dwa razy w tygodniu, to z magnetofonu i na dokładkę swojska. Niemen, Skaldowie, Szczepanik, Majewska, Fogg, same sławy, bo to porządna knajpa jest, panie szanowny. I wszystko dookoła jest porządne, bo musi być, dla lepszych gości z dzielnicy.

Kochani, zakochałem się w tym miejscu, szczerze. W jego prostoduszności i prostocie. W jego klimacie, który zaczyna się od podłóg a kończy na sufitach, żywcem pobranych z elegancji PRL i lekko zanurzonych w przedwojennym sznycie. W gazetach, którymi wyściełane są ściany (za dużo ciut tych gazet, jedyny mankament), a w których można się zaczytać do rana, bo to samo „Życie Warszawy” sprzed dziesięcioleci, z jego językiem, tematami, z „Bykami i byczkami” i z jego propagandą. Oraz z Gomułką. (Towarzyszu Wiesławie, Wasze zdrowie! – powiedziałem i przetrąciłem pięćdziesiątkę.)

Fot. kam2

Fot. kam5

Co padło? Padł krem sułtański – na samo zakończenie. Taki, jak musi być krem sułtański z PRL, czyli sam krem w kremie plus rodzynki. Wcześniej metka, ogórek, serek i pasztecik – jako starter z chlebem, pychota: zwłaszcza metka, dar od szefa kuchni dla wszystkich. I jeszcze tatar, prawdziusieńki, z jajeczkiem od normalnej kury, sardynką, przyprawą magi, ogórkiem, grzybkiem i cebulką. I potem jeszcze raz tatar, ze śledzia, tym razem na plackach ziemniaczanych, pychota numer dwa. I piwo własnej produkcji.

I wtedy padłem ja. I za to wszystko niewiarygodnie małe pieniądze, jak na Warszawę i jak na restaurację z daniami I oraz II klasy.

TU PACZ! Takich miejsc otwieranych pod publisię, która tęskni do klimatu sprzed lat, jest już oczywiście wiele. Nie tylko w Warszawie. W Strasbourgu jadłem ostatnio tarte flambée w prawdziwie alzackiej knajpie; takiej, która tam była od lat, zawsze – ale oni przecież niczego nie muszą odbudowywać z gruzów komunizmu, oni te knajpy mieli na stałe, są częścią ich dorobku dziejowego, fragmentem kultury. W Berlinie urzekała mnie zawsze bierstube Alt Berlin, istniejąca od 1893 roku, z małą przerwą na wejście Rosjan w 1945, schowana za drzwiami totalnie wymazanymi graffiti, za to z doskonałą jaskinią dla piwoszy i jeszcze lepszym klimatem. O piwie przez oczywistość nie wspomnę.

Fot. kam3

Czy „Kameralna”, która w tej postaci nie istnieje jeszcze nawet rok, przetrwa mody i nastroje? A sądzę, że przetrwa, oby. Takich miejsc, które mają historią, same są historią i ją tworzą – opierając się o naszą tożsamość, charakter, duszę polską rogatą –  mogłoby być znacznie więcej. Więcej niż kebabów i burgerowni.

Wasze zdrowie też wypiłem. Żeby nie było.

Fot. kam4

Fot. kam6

Do góry