Jack Strong. Nic nowego.

09-02-2014, 09:00
Kategoria: 

Jack Strong. Nic nowego.

Szykowałem się na ten film. Nie czuję zawodu, ale nie mam też powodu, by rozpierała mnie duma. Pasikowski nakręcił przytomny film szpiegowski na naszą miarę. Wierny obraz epoki i takiż jak ona – nijaki dosyć.

Wszystko w tym filmie jest OK. Może za dużo czytałem o pułkowniku Kuklińskim, a może znudziła mnie ta wrzawa, która – pompowana w sztuczny sposób – towarzyszy premierze filmu, czyniąc jej więcej krzywdy niż pożytku. Co mi po tym, że generał Dukaczewski nie powie o pułkowniku Kuklińskim dobrego słowa? Albo że własne zdanie wygłosi w tej sprawie stu celebrytów? Jaki sens ma dzisiaj dyskusja nad przebrzmiałą rozterką – zdradził czy nie zdradził? Sens może mieć rozmowa o filmie. A tej jak na lekarstwo.

„Jack Strong” Władysława Pasikowskiego przyciągnie tłumy. To widać nie tylko po frekwencji w czasie weekendowego otwarcia – Pasikowski to marka, nie robi złych filmów. Ten jednak nie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. To nie „Psy”, nie ten ładunek emocji.

Jeśli czegoś mi w najnowszym dziele reżysera brakuje, to chyba przekroczenia barier. Poprawność, adekwatność, dbałość o szczegół, realizm – one w tym filmie są, ale odrobinę nudzą. Tak dużo wiemy o Kuklińskim i czasach, w których żył, że warto było dodać mu odrobinę finezji. Odlecieć z nim. Pokazać mniej jednoznacznie albo podkreślić motywację.

W „Jacku Strongu” widzimy oficera, który nawiązuje kontakt z obcym wywiadem pod wpływem impulsu, który przeradza się w dziko systematyczną wolę intensywnej współpracy. To zdaje się sugerować, że pułkownik działał z zimną krwią, przemyślał własną rolę, prowadził grę w sposób wyrachowany. Ale jeśli tak, to dlaczego u zimnego analityka i planisty taką rolę odgrywa nagły impuls? Jeśli zdradził (według realiów PRL), to czy był to gest ekspiacji za grzechy przy tworzeniu planów inwazji na Czechosłowację? Reakcja na zagrożenie nuklearne wobec Polski, które mogło się pojawić, gdyby Sowieci zrealizowali założenia swojej doktryny wojennej?

Obraz epoki, w której żył Kukliński, pokazany jest w filmie Pasikowskiego dość wiernie. Ale degrengolada armii, jej wewnętrzny rozpad, życie wyższych oficerów – słabo. Nie tak jak w „Psach”, gdzie zaglądaliśmy bohaterom w trzewia. Tu widzimy rachityczne scenki z wódeczką w noc sylwestrową 1970 roku, w czasie których jeden z bohaterów dość miałko rozważa swój udział w strzelaniu do stoczniowców – a potem jakieś rodzinne imprezy w domu pułkownika, jakieś wycinkowe sceny z życia zielonych trepów PRL. Wszystko to za mało, żeby zrozumieć motywację i poznać obraz środowiska, które otaczało pułkownika. Oglądając „Jacka Stronga” odnosiłem wrażenie, że Kukliński był częścią tej machiny, ani lepszą, ani gorszą – a przez fakt współpracy z Amerykanami wcale nie naznaczoną jakąś nadzwyczajną szlachetnością.

Brak motywacji wypisany na twarzy, ot co. Ani pieniądze, ani patriotyzm.

Fot. strong1

TU PACZ! Przyglądałem się rolom postaci drugoplanowych, bo Dorociński jak zawsze jest dla siebie klasą. Bardzo mi przypadła do gustu rola majora Putka, granego przez Mirosława Bakę, który jako pierwszy i jedyny nabrał wobec Kuklińskiego podejrzeń. Świetny był Oleg Maslennikow w roli marszałka Kulikowa, a dostojny – Krzysztof Pieczyński, jako Zbigniew Brzeziński. Nie wyszła zbyt dobrze postać Gendery Zbigniewowi Zamachowskiemu: miałem poczucie, że aktor wahał się pomiędzy odegraniem roli wojskowego trepa i poczciwym safandułą. W tej drugiej był wiarygodniejszy, ale niestety bez związku ze scenariuszem – Gendera był zwykłym wojskowym matołem, który choć pracował w kontrwywiadzie, nie potrafił dobrze wypełnić swojej roli. Tu już więcej bystrości miał Putek/Baka, zimnokrwisty, mniej naiwny.

Film nie jest jednak popisem sztuki aktorskiej, ponieważ wszyscy grają w nim z lekko zduszonymi gardłami. Jakby ciężar gatunkowy tematu lub sława reżysera odebrały aktorom siłę wyrazu. Maslennikow, o tak, ten u Pasikowskiego zagrał na maksa – był prawdziwym Ruskim, głęboko przekonanym o swojej wszechmocy oficerem. Tak, ta rola, poza Dorocińskim, zasługuje na uwagę.

Refleksja końcowa. „Psy” oglądałem po wielokroć, ponieważ ten film szeroko otwierał drzwi w polskim kinie. „Jacka Stronga” obejrzałem raz i mam wrażenie, że więcej do niego nie wrócę. Nie zaskoczył mnie: był zanadto dokumentem zrealizowanym przez sparaliżowaną tematem ekipę niż wielkim szpiegowskim kinem. Ale nie narzekam. Raz – można.

Zobacz zwiastun:

Do góry