Meryl Streep idzie po Oscara

26-01-2014, 09:00
Kategoria: 

Meryl Streep idzie po Oscara

Trzeba trochę poczekać, aż ten film prawdziwie się rozkręci. Trzeba chwili cierpliwości w łowieniu perełek aktorskich w wykonaniu dwóch gwiazd, Meryl Streep i Julii Roberts. Ale później, gdy nad dom w hrabstwie Osage nadciąga prawdziwa katastrofa, ten film staje się jak tornado: zmiata wszystko na drodze do Oscarów.

Poszedłem na „Sierpień w hrabstwie Osage” dla Meryl Streep, która już w pierwszej scenie – jako zrzędliwa Violet Weston, chora na raka, łysiejąca po chemioterapiach,  dogryza mężowi zatrudniającemu opiekunkę – daje pokaz niezwykłego aktorstwa. Jest w niej wszystko: brawura, lęk, histeria, ból, cierpienie, złośliwość. Jest starą jędzą, suką i jednocześnie pełną wyniosłości, smutną i doświadczoną kobietą. Mąż pojawia się tu na moment, chwilę później wyjdzie z domu, wsiądzie do łódki, wypłynie na środek rzeki, popełni samobójstwo – po pięćdziesięciu latach alkoholizmu, mimo poetyckiego talentu, a może właśnie dlatego, nie możemy spodziewać się po nim niczego dobrego.

Do Violet, na jej prośbę przyjeżdżają dzieci, trzy córki. Barbara, grana przez Julię Roberts, Ivy (Julianne Nicholson) i Karen (Juliette Lewis). Są ich partnerzy – Barbara jest w separacji, Karen właśnie ma kolejnego kandydata na męża, jest dziecko, przyjeżdża siostra Violet i jej mąż, i wkrótce również ich syn. On zresztą okaże się wielką scenariuszową niespodzianką.

Widza drażnić może w tym filmie reżyserskie „siodło”, przez sporą część z ekranu wieje lekką nudą, a widownia, jeśli się śmieje, to w sposób nieco wymuszony, dociśnięta dialogami, które same w sobie wielkie nie są. Ale na bezrybiu i rak ryba. Akcja filmu rozwija się w stronę gigantycznej katastrofy dopiero z chwilą odnalezienia zwłok męża Violet i rodzinnej stypy.

Powiedzieć: mistrzostwo, to jakby nic nie powiedzieć. Meryl Streep w swojej sztuce aktorskiej wchodzi na taki poziom sarkazmu, ironii i autoironii, gra doskonale, strzela do siedzącej przy stole rodziny tak celnie, tak ostrymi nabojami i tak długimi seriami trafnych, nieprzyjemnych słów, że sama stypa, śmierć, żałoba schodzą na plan bardzo daleki.

Ale… Znajduje godną siebie, twardą przeciwniczkę: Barbarę. Julia Roberts w tej roli nie ustępuje koleżance, jest tak samo jak Streep twarda, ostra, jednoznaczna. Tnie słowem jak brzytwą.

Violet jest lekomanką. Rak jamy ustnej sprawia, że ma dostęp do środków medycznych, które przez lata uczyniły z niej niewolnicę narkotyków. Działa i mówi pod ich wpływem. I mówi wszystko, co myśli. I ma zdolność obserwacji. I skojarzeń. Barbara działa pod wpływem emocji. Sama potargana przez życie, z niewiernym mężem i zmanierowaną, czternastoletnią córką, idzie z matką na wojnę, która kończy się rękoczynami, wizytą u psychiatry, a potem babskim rozejmem. Ale… to ciągle nie koniec tej historii.

Fot. osage2

W filmie Johna Wellsa widzimy kompletny rozpad rodziny. Żadnych więzi, żadnego spoiwa, żadnego szczęścia, miłości, czułości. Wszystko jest połamane, zgięte wpół, wszystko ma drugie dno albo i trzecie, piąte. Biją się, tarmoszą, targają po szczękach, wypominają. Nikt nie jest szczęśliwy, nikt nie jest normalny, każdy ma w sobie jakąś smutną, złą historię. I nawet, gdy rodzi się uczucie, to i ono jest okrutne, kazirodcze.

Choć to także nie do końca prawda. Wspomniałem, że widzimy Westonów w pierwszej scenie, gdy mąż przyjmuje opiekunkę do Violet, Johnnę, dziewczynę z indiańskiego plemienia Czejenów. Violet szydzi z niej, że to „rdzenna Amerykanka”, że „nawet dinozaury były kiedyś rdzennymi Amerykanami”. Johnna zajmuje się domem, niewiele mówi, ma swój ważny, wymowny epizod w tym filmie, ale w jednej z ostatnich scen, kiedy na głowę Violet i jej rodziny wali się dosłownie wszystko, chora i kompletnie samotna Meryl Streep znajduje spokój i ukojenie właśnie na jej kolanach, właśnie w tej „rdzennej Ameryce”.

Mądra myśl. Mądra myśl o powrocie do korzeni, o tym, co kiedyś było w nas normalne, zwyczajne, czyste i piękne. Johnna jest skromna, pracowita, ma zasady i potrafi ich pilnować, w decydującym momencie staje na ich straży, w dość kuriozalny sposób. Ale pokazuje jednocześnie – tacy bądźmy, tak żyje się lepiej, spokojniej bezpieczniej.

TU PACZ! Meryl Streep dostanie za tę rolę Oscara. Należy jej się po raz kolejny tak samo, jak po raz pierwszy należy się Leonardo DiCaprio za „Wilka z Wall Street”. Zagrała postać Violet w sposób niezwykły, sugestywny, wiarygodny. Jest dzika, szalona, mądra, biedna, obolała, cierpiąca i samotna zarazem. Ale tak samo należałoby docenić rolę Julii Roberts. W „Sierpniu w hrabstwie Osage” gra ekspresyjnie, brawurowo i delikatnie zarazem. Ona przyciąga uwagę, Meryl Streep fascynuje. Ich pojedynek, gra matki z córką, wojna potarmoszonej życiem kobiety z sarkastyczną narkomanką, to perła w dziele Wellsa.

Fot. osage3

Nie wiem, co się dzieje… Kolejny film w tym roku, kolejny dobry strzał. Chyba będę musiał pójść na „Wkręconych” albo „Nimfomankę”, żeby znaleźć pretekst, by po polsku dobrze się po kimś przejechać. Na razie w tym roku – co film, to superfilm!

Albo się już zestarzałem.

Zobacz zwiastun. Słaby, według mnie, nie oddający wielkości tego filmu.

PS. Meryl Streep w jednym z wywiadów krytycznie wypowiedziała się o polskich politykach, przerażona, że w swoim myśleniu o gender przypominają Talibów. Odezwał się na to Stefan Niesiołowski, pytając w swoim stylu – a jakim autorytetem jest ta Meryl Streep? Dla buca z kręgów polskiej polityki autorytetem może być tylko inny buc z polskiej polityki, nikt więcej.

Do góry