Czekając na Smarzowskiego. Nowego Smarzowskiego.

24-01-2014, 09:00
Kategoria: 

Czekając na Smarzowskiego. Nowego Smarzowskiego.

Po takim filmie człowiek powinien się napić, bez dwóch zdań. Nie wiem tylko, czy z zadumy nad tematem, z zachwytu nad filmem, czy z rozpaczy nad problemem Smarzowskiego. Wróciłem wczoraj z kina po obejrzeniu „Pod Mocnym Aniołem” i napiłem wina się po swojemu – dla zdrowotności. ;-)

Mocne kino, fakt. Dużo wymiocin, litry wódy. Zarośnięte typy, żadnych gładkich charakterów i żadnej gładkiej twarzy. Wybitna rola Roberta Więckiewicza (Jerzego), wybitne role wszystkich aktorów, którzy u Smarzowskiego brylują od lat i tworzą klimat znany wyłącznie z jego filmów.

Ten klimat jest chyba jednak najbardziej zwodniczy.

Mam wrażenie, że wszystko to już widziałem. W „Domu złym”, ale jeszcze bardziej w „Drogówce”. Że ta pomroczność, gry znaczeniowe, słowa i dowcipy, mrok pomieszczeń i dusz, charakteryzacje, że to wszystko znam, że zostało przeniesione z innych plenerów i scenografii, ale przecież ciągle jest takie samo. I nie wiem, czy to jeszcze jest Smarzowski, czy już tylko jego osobista maniera.

„Pod Mocnym Aniołem” to historia inteligenta, pisarza, humanisty, który schodzi na dno choroby alkoholowej. Jerzy nieustannie wraca na ten sam oddział odwykowy dla deliryków, nieustannie ma ten sam problem i wiecznie nie potrafi się przyznać, że dawno przestał już nad nim, nad sobą panować. Nie mogą mu przejść przez gardło słowa „ja, alkoholik”.

Fot. an3

Znam takie stany, z autopsji i współuczestnictwa, z półrocznego udziału w grupie AA. Nihil novi, żadna nowa myśl w tym filmie nie pada, żaden nowy wątek nie zostaje podjęty. Jesteśmy rozpitym narodem, to ciągnie się od stuleci, to ma związek z całym pogmatwaniem polskiej duszy, z polskim klimatem, polskim kompleksem i biedą. Lub nadmiarem komfortu. To jest temat, który nie tylko w literaturze, ale i w filmie zaistniał wielokrotnie, czasem w tak niezwykłym wydaniu, jak „Żółty szalik” Morgensterna (też według Jerzego Pilcha!) z genialną rola Janusza Gajosa.

Nie, nie podważam walorów „smarzowszczyzny” – mamy bowiem do czynienia z reżyserem wybitnym, niepowtarzalnym. Tu jednak Smarzowski jedzie Smarzowskim, powtarza Smarzowskiego, wtyka nam schematy znane z wcześniejszych filmów Smarzowskiego. Jego „Róża” była pod tym względem znacznie bardziej intrygująca, odkrywcza. I na dłużej ją zapamiętałem.

Wyszedłem z kina po obejrzeniu „Pod Mocnym Aniołem”, napiłem się wina i spróbowałem odtworzyć ten film w myślach – ile mi zostało, jakie wrażenia, jakie przesłanie odebrałem?

Fot. an4

Nic nowego, nic szczególnego, nic, czego sam bym nie wiedział. Trochę to zawód, zwłaszcza z powodu TEGO reżysera, trochę zdziwienie – bohaterowie są zmęczeni? – a trochę też refleksja: że w ten sposób można wykończyć każdy ciekawy projekt, zamykając go w getcie stale tych samych aktorów, myśli, schematów, kolorów.

Przydałby mi się w tym Smarzowskim jakiś kontrapunkt, jakiś moment zwrotny, jakieś pójść pod prąd siebie samego…

TU PACZ! Iść czy nie iść? Oto jest pytanie!

Iść, jasne że iść. Na tle sieczki kinowej jest to obraz wartościowy. Kuna, Jakubik, Preis, Braciak, Kijowska, Dyblik, Dziędziel, Kiersznowski, Lubos, Gołębiewski (w boskim epizodzie), Kulesza… no przecież to są nazwiska, które przyciągają same w sobie i dla przyjemności obcowania z nimi warto pójść! Dla Smarzowskiego – warto!

Fot. an2

Czy warto i dla Pilcha, którego powieść dała podwaliny pod ten scenariusz? Otóż właśnie dlatego mam wątpliwości, że ten pilchowy/smarzowski scenariusz wydał mi się zanadto „niefilmowy”, przekombinowany. I on właśnie najmniej mnie zachwycił, i on sprawił, że nie poczułem się zaskoczony, że trochę się miejscami wynudziłem, że czekałem, aż to wszystko pieprznie i zacznie się „prawdziwy Smarzowski”. Nie zaczął. Szkoda.

Tu zwiastun:

Do góry