Zamiast krzyku

31-12-2013, 09:00
Kategoria: 

Zamiast krzyku

Nie wiadomo jak zacząć. Minął miesiąc, w którym przeszedłem przyśpieszoną lekcję żegnania zmarłych, sztuki kremacji i pochówku, żałoby i budowania siły w dzieciach. Jeśli nie znalazłem dość siły na pisanie, proszę wybaczyć – nie miałem skąd.

Czy bloger może mieć gorszy dzień? Może. A miesiąc? Czy może milczeć przez miesiąc, nie dawać znaku, nomen omen, życia, zamknąć się na świat? Myślałem, że nie może, że musi, że powinien – pisać, dawać znaki dymne, klepać paciorki na klawiaturze, wklejać słodkie zdjęcia i dodawać: patrzcie, jak mi się wiedzie.

Podejmowałem takich prób kilkanaście. Poszedłem do kina, nic nowego, „Kapitan Philips”, i nic. Przeczytałem książkę i nic. Byłem świadkiem dziwnych zdarzeń – nic, zero ruchu, żadnej mobilizacji. Żadnej chęci do dzielenia się sobą z kimkolwiek. Żadnych słów na wynos.

Postanowiłem więc napisać dziś tekst o niczym. O tym, że są takie chwile w życiu, kiedy patrzysz na kartkę papieru lub w ekran komputera i nie masz najmniejszej myśli w zanadrzu, najkrótszego zdania, nawet literki nie masz. Tylko patrzysz i jest pusto. Tak, wiem, my pracoholicy mamy swój sposób, ja  też go mam, używam, siadam do pracy, zajmuję się tym co lubię i kocham, wrzucam piąty, szósty, siódmy bieg, zasypiam o trzeciej i podnoszę oczy o czwartej, więc jest jak zawsze, myślę, jak zawsze, kiedy mam tyle pracy i kiedy tak bardzo nie chce mi się robić cokolwiek innego poza pracą, i kurwa nic nie jest takie samo jak zawsze, i spać się chce, i pracować się chce, i nie chce, i nie wiadomo co, jak, kiedy.

Dzieciaki. Bloger nie ma dzieci (chyba, że prowadzi blog parentingowy, wtedy ma dzieci wszędzie, od Facebooka po Instagram), więc o dzieciach nie wypada, a powinno się, bo dają dobrego kopa, szukają bliskości, przytulają jak mało kiedy wcześniej, dzielne się stają, mądrzejsze, lepsze, kochańsze i w ogóle: duże takie. Ale bloger lifestyle’owy nie ma dzieci, ma pokazy mody, chodzi do kina i na rauty, robi focie z Wielkimi Tego Świata, buzuje się własnym ego, nigdy nie odnosi porażek i nigdy nie umiera. A nawet jeśli umiera, to wstaje rano, otrzepuje się jak James Bond po wybuchu bomby jądrowej i mówiąc – pierdolę to!, idzie dalej.

Więc idę dalej. Nie jestem blogerem. Mogę pisać co chcę i jak chcę. Dla siebie.

Już mi lepiej. Na koniec roku. 

Do góry