Wenus w futrze. Takie tam pieprzenie.

26-11-2013, 09:00
Kategoria: 

Wenus w futrze. Takie tam pieprzenie.

Walczyłem, żeby nie zasnąć. Szukałem drugiego dna, ale nawet z pierwszym dnem miałem kłopoty. Wkładałem wielki wysiłek, by zgłębić głębię, ale im głębiej się wgłębiałem, tym większe miałem wrażenie płycizny. Okropnie nudny film zrobił Polański, niestety.

Średnia wieku w kinie: 55+, co wiernie oddaje mistrzowski klimat – na Polańskiego chodzą ludzie o wyjątkowo dużej cierpliwości. Mnie jej, niestety, zabrakło.

To jest film z dwojgiem aktorów. Pierwszy z nich, reżyser i adaptator teatralny (Mathieu Amalric) jest podobny do młodego Romana Polańskiego z rysów twarzy oraz włosów. Jego partnerka tymczasem nie jest podobna do żony Polańskiego: ona JEST żoną Polańskiego. To Emmanuelle Seigner. I może w tym kontekście film ma prawo do laurów – oto mąż (nie wprost, ale jednak) oddaje hołd swojej żonie: tyrance, bogini, muzie, kochance.

Cała reszta to takie rozmemłane intelektualnie pitolenie.

Film zaczyna się jednak znakomicie. Przecudnej urody sceną, w której kamera przejeżdża ponad miejską aleją, wzdłuż drzew, w mglistej, deszczowej atmosferze i wkracza do teatru, otwierając drzwi za drzwiami. Widzimy reżysera, który zakończył właśnie (z niepowodzeniem) casting na główną rolę do swojej sztuki. Dzwoni do narzeczonej, umawia się na wieczór, chce wychodzić…

Spóźniona, mokra, pełna nieziemskiej energii wpada ostatnia z kandydatek. Tu niby-Polański, tam kandydatka-Polańska. Zrazu się przekomarzają, biją na słowa, co nawet miłe dla ucha i pozwala porządnie wczuć się w brzmienie wyrazów (studentkom filologii romańskiej ten film bardzo się będzie podobał – aktorzy wyraźnie mówią po francusku, nawet ja zrozumiałem), ale zaraz potem przystępują do wymuszonego przez Polańską ćwiczenia z tekstem.

Znudzony reżyser niby-Polański (Polańska żuje gumę) siada za stolikiem, patrzy w tekst. Polańska przykleja gumę do blatu stołu i wchodzi na scenę. Zaczyna grać. Wypowiada pierwsze słowa. Wcześniej – widzieliśmy w niej nieco prostacką, zblazowaną, ostrą jak kurtyzana, bezpardonową aktorkę, gotową do udziału w castingu. Gdy zaczyna czytać literacki tekst, przeradza się w ciepłą, melancholijną damę. Chodząca subtelność. Doskonałe!

Fot. wenus3

Roman! W tym momencie powinieneś walnąć napisy końcowe, bo do tej sceny film wydaje się fenomenalny, intrygujący, niebanalny. Polańska gra świetnie, przemiana aktorska jest doskonała, niby-Polański też radzi sobie nieźle.

Ale nie! Reżyser musi rozwinąć swoje dzieło aż do 96 minuty, jakby aktorzy, autor scenariusza, operatorzy, oświetleniowcy i pani od kanapek mieli płacone na akord! Gramy, gramy, trzeba jechać, trzeba nudzić!

No i nudzą. Reżyser niby-Polański smętnie patrzy jak jego sztuka trafiając do rąk interpretatorki, gubi pierwotne cele. Wymieniają się rolami, Polańska staje się niby-Polańskim, niby-Polański staje się Polańską, ona przypina go do wielkiego fallusa, on daje sobie umalować usta, w powietrzu unoszą się plemniki intelektualnych sporów, prawie-prawie dochodzi do aktu seksualnego między Polańską i niby-Polańskim oraz między Polańską i Polańską (widz się gubi), a wszystko to przyprawione jest sosem intelektualnego bełkotu i wojny płci.

Fot. wenus2

Nie kupuję tej sztuki. Nie mam poczucia starcia dwóch osobowości – jak widzą film Polańskiego krytycy – nie widzę w nim ekspozycji dla walki o dominację, o triumf płci, o wpływy, o to kto-kogo. Widzę mało zobowiązującą komedyjkę o zamianie ról w teatrze. Próbę szkicu do groteski, w której następuje kompletna wymiana pojęć, znaczeń, płci, warunków, umów. Nic nie jest ważne, wszystko jest umowne, wszystko można sprowadzić do orgiastycznych uniesień między dwojgiem cyników na teatralnej scenie – i zgoda! – ale trzeba im dać i tekst, i talent, i dynamizm. Tu tego zabrakło.

Przysypiałem, a to dla każdego filmu jest klęska.

Jeden z widzów wychodząc z kina rzucił swojej lubej prostą recenzję: takie tam pieprzenie. I wypada mi się z widzem zgodzić.

Zwiastun. Tyle właśnie mógłby trwać ten film:

Do góry