Statek śmierci

02-11-2013, 09:00
Kategoria: 

Statek śmierci

Oświadczam, że po lekturze tej islandzkiej książki moja niechęć do wszelkich jednostek pływających przybrała postać fobii. I ostrzegam przed nią innych.

Bardzo głęboka  woda zdecydowanie nie jest moim żywiołem. Każdy nocny rejs promem wspominam jak zły sen – wszystko na starych statkach trzeszczy i pęka, każda fala rozbijająca się o burtę powoduje paniczną pewność, że ściana kajuty za chwilę rozpadnie się na części, a czarne jak piekło morze pochłonie wszystko i wszystkich na zawsze. Tkwi we mnie pamięć katastrofy Heweliusza i wszystkich innych morskich katastrof z przeszłości; urodzony i wychowany  nad morzem pamiętam ojców swoich szkolnych kolegów, którzy nie wrócili z rejsu.

Islandka, Yrsa Sigurdardottir, uznana w Europie gwiazda kryminału, z zawodu inżynier budowlany sprawiła, że moje obawy przed jakąkolwiek, małą czy dużą, pływającą skorupą  raczej nie zmaleją. „Statek śmierci” to dwutorowy thriller, w którym zagadka  goni tajemnicę, a każda niewiadoma pogania nierozwiązywalną.

Bez wątpienia – mocny kryminał o zniknięciu. Nie wyparowuje tu jednak jak kamfora jedna osoba, co przerabialiśmy w co najmniej jednej książce i kilku bardzo dobrych filmach; tutaj na Islandii, a właściwie na eksterytorialnych wodach Atlantyku, między Portugalią a Islandią znika siedem (!) osób. 

Lektura przyprawia o gęsią skórkę, a śledztwo prowadzi donikąd, bo nie ma żadnych świadków zniknięcia, żadnych śladów, żadnych dowodów. I ani cienia motywu. Jak to zatem możliwe, że na eleganckim, kilkupokładowym jachcie doszło do wydarzeń, których finałem jest dochodzenie, które  w najczarniejszych snach nie śniło się policji? 

Ta książka każe zadać pytanie o poziom zaufania, którym możemy obdarzyć obcego człowieka na pełnym morzu, z dala od lądu – i o zaufanie, jakie można mieć do własnych zmysłów.

Kiedy jacht wpływa do portu w Reykjaviku i z impetem wali w nabrzeże, garstkę  osób czekających na bliskich ogarnia przerażenie pomieszane z szokiem. Na jachcie nie ma żywej duszy. Gdzie podział się doświadczony kapitan? Gdzie są sternik i jego pomocnik? Gdzie, u licha, podziało się małżeństwo z ośmioletnimi bliźniaczkami?  Dlaczego na pokładzie unosi się duszący  zapach perfum? Skąd w zamrażarce ślady ludzkiego DNA? I czy malutka siostra zaginionych dziewczynek może  coś wiedzieć na ten temat? 

To właśnie dwuletnia Sigga Dögg krzyczy  w porcie: Mama umarła, tata umarł, Adda umarła, Bygga umarła!, wszyscy umarli! 

Thora, bystra prawniczka i grupa policjantów muszą się dowiedzieć,  co wydarzyło się na statku, gdzie są bliźniaczki i ich rodzice, dlaczego – mimo, że na jachcie jest kilka bezpiecznych ratunkowych szalup – nikt ich nie wykorzystał. Czemu z dziennika pokładowego wyrwano kilka kartek? Dlaczego, jeśli to  pieniądze są motywem  zbrodni, bo chyba idzie tu o zbrodnię, pokładowy sejf jest pusty? 

TU PACZ! To jest mrożący krew thriller dla miłośników prozy Kinga i mrocznych skandynawskich opowieści. Dreszcz niepokoju, duchy, tajemne wątki. W sam raz na film. Nic dziwnego, że producent  „Miasteczka Twin Peaks” kupił już prawa do ekranizacji. Będzie serial i pełnometrażowy film kinowy, a nawet dwa, bo Yrsa Sigurdardottir napisała więcej strasznych książek. „Statek śmierci” dedykowała swojemu dziadkowi, Dorsteinnowi Eyjólfssonowi, który był kapitanem. 

Ps. Jeśli islandzkie nazwiska są takie pyszne, to jaka to musi być ta proza?! Sprawdź!

Do góry