Papusza. Samotna Cyganka w czarno-białym filmie.

17-11-2013, 19:39
Kategoria: 

Papusza. Samotna Cyganka w czarno-białym filmie.

Jestem wobec tego filmu lekko bezradny. Bo jest on piękny i niepiękny zarazem. Pozbawiony koloru i wielobarwny. Za mało mi w nim muzyki, za dużo, jak na mój gust, poetyckich obrazów malowanych okiem kamery, w które chciałoby się tchnąć więcej życia. I genialnych jednocześnie poprzez swoją plastyczność i malarski rozmach.

Jest też w nim jakieś pęknięcie. „Papusza” to poruszająca historia samotnej Cyganki (dziś trzeba by napisać: Romki, co rozśmiesza bardzo wielu Cyganów), historia Bronisławy Wajs – poetki, która do końca życia nie zdawała sobie sprawy z talentu, jakim obdarzył ją los. Opowieść rozciągnięta w czasie, na który przypadły dwie okrutne wojny, Holocaust i kilkadziesiąt lat powojnia w biednej, szarej Polsce. Opowieść o życiu, a właściwie… autorów tego życia wyobrażenie, koncepcja, wizja.

Fot. Pap1

Pękniecie dotyczy właśnie tego – pomysłu na sposób narysowania losów człowieka pozbawionego oparcia w bliskich, zrozumienia, miłości, kogoś, kto choć żyje w otoczeniu członków klanu, zawsze jest obok, patrzy z dystansem i choćby nie wiadomo jak bardzo się starał, nigdy nie zostanie „włączony”, przyjęty, zrozumiany.

Inna sprawa: jak to opowiedzieć w kinie?

Otóż: czarno – białym ascetycznym, klarownym obrazem, na przekór kolorom cygańskiego taboru.
Ciszą. Muzyką, której mało w tym filmie, a kiedy wybrzmiewa w tych kilku wielkich momentach, wtedy porusza do trzewi. Romskim językiem, w oryginale, prawdziwym, wciąż w użyciu, bo tylko on oddaje sens życia tego narodu.

Taką konwencję przyjęło małżeństwo reżyserów: Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze. Uciekli od kolorów, blichtru, bliskości jarmarcznej tandety, od pustosłowia.

„Papuszy” poświęciłem już jeden wpis, we wrześniu, kiedy oceniałem książkę Angeliki Kuźniak. Ale to są jednak dwa osobne byty. Książka poszerza wiedzę o Papuszy, świetnie uzupełnia dzieło Krauzów.

Tadeusz Sobolewski napisał o tym filmie, że pozostawia widza  bezradnym. Że to wszystko jest jak za szybą, za zasłoną, że nie daje się dotknąć. Tu moja pełna zgoda. Film, jego realizacja nie uniosły jednak samego pomysłu, konceptu, prawdy. Ale może to po prostu tak jest. Pęknięcie dotyczy tego, że możemy ledwo dotknąć tego ich życia. Życia w ciągłej podróży, przerwanej przez bezduszne osiedleńcze nakazy. Nigdy nie rozumieliśmy Cyganów, ich leśnej natury, nieokiełznanej wyobraźni (wróżby), tej ich swoistej bezczelności wyrastającej z dumy, z przekonania, że są niezwyczajni, hardzi i prawdziwi.

TU PACZ! Bezradni, niespecjalnie staramy się to wszystko zrozumieć i pozostajemy bezradni wobec tego pięknego, ważnego filmu – zupełnie jak  wobec narodu, który jest u nas i z nami od zawsze. Bezradni wobec ich kultury, sposobów życia, języka i obyczajów. Warto obejrzeć to dzieło także z powodu tej naszej bezradności. By zrozumieć, choć to się pewnie w pełni nie uda.

Przekonująca, rewelacyjna jest w „Papuszy” rola Zbigniewa Walerysia, grającego męża Papuszy: mitomana, dziwkarza, pijaka. Świetny jest Antoni Pawlicki w roli Jerzego Ficowskiego, który odkrył talent Papuszy. Ona sama pokazana jest przez Jowitę Budnik po mistrzowsku: prostymi środkami, oszczędnie, wiarygodnie.

Fot. pap2

Zobacz zwiastun:

Do góry