Niki Lauda. James Hunt. „Wyścig”.

16-11-2013, 21:52
Kategoria: 

Niki Lauda. James Hunt. „Wyścig”.

Pierwszorzędne starcie dwóch silnych osobowości. Film oparty na faktach, nie tylko dla zakochanych w szybkich samochodach. Męskie kino!

Nie przepadam za filmami, w których główną rolę grają drogie samochody, piękne kobiety i pościgi. „Wyścig” był jednak inny niż się spodziewałem, a jego osnową stał się autentyczny sportowy konflikt dwóch wielkich postaci – Austriaka Nikiego Laudy i Anglika Jamesa Hunta. Konflikt, który w latach siedemdziesiątych elektryzował zachodnią publiczność.

Na moje szczęście, wyścigi w najnowszym dziele Rona Howarda (wcześniej „Frost/Nixon”) stanowią znakomite uzupełnienie konfliktu, reżyser świadomie koncentruje się na osobowościach, przybliżając je nam (głosy z of fu) i jednocześnie pokazując w wielu intymnych sytuacjach. Ścigające się bolidy Formuły 1 dodają tej fabule pieprzu, w doskonały sposób angażują nasze emocje.

Fot.wy1

Sam film nie wbija w fotel, może za sprawą surowego stylu reżyserskiej opowieści, a może za sprawą mocy tego sporu. Wiadomo przecież, że nikt się nie tu nie pozabija, krew nie będzie się lała, psychologiczne medytacje są raczej obce środowisku wariatów napędzanych silnikami o mocy 500 KM. Nie zagryzamy więc warg, nie wychodzimy z kina skacząc z radości ani kuląc się w sobie w traumie po obejrzanym spektaklu, nie umieramy z zachwytu i nie pytamy – kiedy kolejna część. To tylko dobre, weekendowe kino. Z fajerwerkami.

Dwaj główni bohaterowie na szczęście stają na wysokości zadania. Zwłaszcza grający Nikiego Laudę Daniel Bruhl, który radzi sobie z uciążliwymi cechami swojej postaci. Lauda jest po austriacku pedantyczny, spokojny, nie dba o rozgłos, koncentruje się na pracy, przygotowuje do sukcesów systematycznie i rozsądnie.

Inaczej James Hunt, grany przez Chrisa Hemswortha: to już hulaka, dziwkarz używający życia na maksa, ryzykant, trochę szurnięty na punkcie własnego ego, pewny siebie, szalony, ale przy tym wszystkim sympatyczny.

Prawdziwi: Lauda (po wypadku) i Hunt oraz Hemsworth i Bruhl.

Fot. Wy3

To zderzenie dwóch postaw ma wielką moc. Lauda i Hunt karmią się i żyją tą wrogością, w pewnym momencie ona właśnie staje się motorem napędowym ich sukcesów, ona pomaga wyjść Laudzie z traumy po koszmarnym wypadku i ona pcha do zwycięstwa Hunta. Życie pokazuje jednak – na przykładzie realnych postaci – że w sporcie większe szanse na systematyczne wygrywanie, na trwały sukces ma ta pierwsza postawa. To Lauda w końcu przeżyje swojego rywala, to on osiągnie w sporcie znacznie więcej, to jego nazwisko trafi do panteonu sportowców XX wieku. Hunt to tylko meteor.

TU PACZ! A jednak bez takich freaków, bez meteorów, bez szaleńców i gwiazd jednego sezonu  sport straciłby swoje piękno. Bez ludzi, którzy idą na całość, gotowi są zaryzykować życie dla zwycięstwa. Lauda w krytycznym momencie, gdy widzi, że wyścig przekracza akceptowalny przezeń poziom zagrożenia dla życia, wiedziony wcześniejszym doświadczeniem – pasuje. Wycofuje się z walki. Hunt jedzie dalej, po bandzie. I zwycięża. Ryzykował, że straci wszystko, łącznie z życiem, niemal ociera się o śmierć, ale jednak – chce walczyć. Wygrywa. Zajebiście to podniecające, ale… nie wiem, czy nie poszedłbym jednak ścieżką Laudy...

Podkreślam też świetne zdjęcia w tym filmie, zwłaszcza sceny z wyścigu w Japonii, w ulewnym deszczu, ale też kilka fragmentów z katastrofami bolidów, z detalami, po które trudno sięgnąć wzrokiem, gdy siedzi się z dala od toru. Tu mamy je jak na dłoni.

Do tego wszystkiego – smak i zapach lat siedemdziesiątych. Ówczesne wąsy (żaden tam Movember, prawdziwi wąsacze!), mikrofony w rękach sprawozdawców sportowych, fryzury, bolidy, zachowania. Jeśli ten oldsukulowy klimat do Was przemawia, trzeba iść. W pojedynkę lub w grupie – straty wielkiej nie ma.

PS. Obejrzałem też „Papuszę”. I nie wiem, czy jest sens recenzować…

I jeszcze tylko zwiastun „Wyścigu”:

Do góry