Hitler puszcza bąki: z tego śmieje się Machulski

10-11-2013, 09:00
Kategoria: 

Hitler puszcza bąki: z tego śmieje się Machulski

„Ambassada”. W filmie najlepszy jest ten moment, w którym pojawiają się napisy końcowe i gdy słychać Czesława Niemena oraz jego „Sen o Warszawie”. To jedyna chwila, w której obcujemy z dobrą sztuką.

Juliusz Machulski nakręcił film pełen niespełnionych nadziei. Zaczyna się wyśmienicie. Melania (Magdalena Grąziowska) spławia z wielkim wdziękiem i autentycznie zabawnie namolnego dość podrywacza w letniej kawiarni. To budzi nadzieję po raz pierwszy – że będzie śmiesznie, ponieważ jesteśmy na komedii, a reżyserem jest Machulski. Niestety, później jest już tylko gorzej.

Jeszcze dość zabawne mogą się wydawać przekomarzania młodego małżeństwa (w roli Przemka, męża Meli, Bartosz Porczyk), nieźle rozpisane, ale – tu już zaczyna się w filmie pierwsze jasne ostrzeżenie – grający z emfazą typową dla dzieł scenicznych i do tego odgrywanych na deskach teatralnych w latach pięćdziesiątych. Dobrze, że aktorzy nie używają przedniojęzykowego „ł” – ale są denerwująco ekstatyczni, przerysowani, zagrani zbyt grubą kreską.

Ten film rozpada się wraz z pojawieniem Adolfa Hitlera, postaci granej przez Roberta Więckiewicza. Wielu widzów czekało na tę rolę, a pewnie wielu kompletnie się rozczarowało. Już nie jest śmiesznie – nie tylko z uwagi na samą personę – ale przede wszystkim z powodu kompletnie nieśmiesznych dialogów i scenariusza, który wymyka się z rąk reżyserowi. Już samo zderzenie dwóch światów: nazistów, którzy przenoszą się w czasie do lat współczesnych i dzisiejszej Warszawy, nowych technologii, gadżetów etc., już samo to mogłoby stanowić pożywkę dla doskonałej komedii.

TU PACZ!  Machulski w ogóle nie idzie w tę stronę. Usiłuje nas bawić scenami wymyślanymi na siłę: przemieszczenia w czasie – wstecz i do przodu – bombardowanie Warszawy, rozwalające się budynki w nieudolnie sporządzonym świecie wirtualnej grafiki, Hitler czytający „Winnetou” i puszczający bąki, jego sobowtór siedzący w berlińskim więzieniu i ubrany w żelazną maskę, namolna i niewyżyta seksualnie Ingeborge, a nawet diaboliczny Ribbentrop grany przez mało tutaj diabolicznego Adama Nergala Darskiego – wszystko to tchnie jakimś kiczem, pustką. Dramatu dopełniają kostiumy (niemieckie mundury), broń, która nie wygląda wiarygodnie i niskobudżetowe komputerowe animacje.

Fot. Amba2

Filmu dołują też dialogi, obciachowe i nieśmieszne dialogi. Tylko niedojrzali reżyserzy mogą sądzić, że samo użycie nazwiska „Macierewicz” wystarczająco rozgrzeje widownię – a Machulski na taką tandetę dał się skusić. Im bliżej końca filmu, tym większe miałem poczucie żenady i straty czasu.

Nie zmieni tej opinii ani krótka wprawka aktorska Więckiewicza doskonale naśladującego wojenne wystąpienie Hitlera, ani rodzące się w trakcie oglądania filmu przemyślenia, typu: dokąd byśmy doszli, gdyby nie hekatomba drugiej wojny światowej (tu akurat dobrze pokazane sceny Warszawy nietkniętej pożogą, z dzielnicą żydowską i dziesiątkami wieżowców w centrum), ani też zaśpiewana na zakończenie przez czworo głównych bohaterów, znana już z YouTube piosenka „Sen o Warszawie”.

Dużo lepiej śpiewa ją w podkładzie do końcowych napisów Czesław Niemen (jego żona miga nam na ekranie w ostatnich kadrach filmu). Warto posłuchać, warto przypomnieć sobie ten utwór – zapominając o „Ambassadzie” jak najszybciej. Dobra sztuka trzymać się będzie wieki. Słabe dziełko Machulskiego odpłynie w niepamięć. Tam, gdzie jego miejsce.

Zwiastun filmu:

PS. Widziałem w Empiku książkę powstałą na bazie scenariusza „Ambassady”, napisaną – sądząc po nocie copyright – przez Machulskiego. Zdecydowanie szkoda papieru. Chała nie obroni się pod żadną postacią.

Do góry