Aromat czy marketing?

14-11-2013, 09:00
Kategoria: 

Aromat czy marketing?

Nie przepadam za kawą z sieciowych kawiarni: pachnie raczej modą niż ziarnami kawy.   

W kosztach wytworzenia dużej latte w sieci Starbucks, sama kawa stanowi zaledwie 20 procent. Reszta to podatek VAT, 5 procent kosztów mleka i marża – ponad 50 procent. Oczywiście, w kawowej marży ukryte są koszty płac, lokalu, koszty operacyjne, czyli wszystko to, co ekonomia każe zapisywać po stronie niezbędnych wydatków związanych z osiągniętymi przychodami. Nie znamy jedynie poziomu zysków, choć analitycy przyjmują, że wynosi on około 20 procent.

Tyle samo, ile kosztowy udział kawy w kawie.

Ale nie ekonomia i zbyt wysokie ceny kawowych napojów odpychają mnie od sieciówek (a jakoś szczególnie mocno  od Starbucksa). Mam wrażenie, że ta światowa szajba z włóczeniem się po sieciówkach tak naprawdę degraduje kawę.

W maleńkim Montalcino we Włoszech, w kafeteriach na przedmieściach Paryża, w krajach arabskich czy dalekiej Kolumbii kawę nadal parzy się i pije nieśpiesznie, z namaszczeniem. Poranne espresso to jednak coś więcej niż zalewajka z sieciowych fastfoodów, to wyraz stylu życia.

Były takie lata, kiedy piłem kilkanaście kaw dziennie. Słabych i mocnych, z dużą ilością wody (rzadziej z mlekiem) i z małym wrzątkiem, z cukrem (w Ameryce Północnej słodzą kawę najmocniej na świecie, ale też podają najmocniejszą, prawdziwie czarną) i bez cukru, niekiedy z koniakiem (częściej bez) i bez ograniczania pory dnia oraz liczby filiżanek.

Później miałem krótką fazę na latte z Coffee Heaven, choć spsiała i ona, a spsienie przeszło na nową markę Costa. Starbucksa nie przyswoiłem, męcząc się tym sztucznym „tykaniem” i przewagą fanfaronady marketingowej nad kawową ucztą. Najlepsze kawy pija się (oczywiście) we Włoszech – tam sieciówki kawowe triumfów nie odnoszą, a sądzę, że podobnie może być niebawem także w Polsce.

Coraz więcej moich znajomych piecze chleb w domu (ja nie), przyrządza nalewki na spirytusie (nie ja), warzy piwo (też nie ja) i celebruje samodzielne parzenie kawy. Kupują ziarna i pytają o kraj pochodzenia, datę wypalenia, sposób i długość mielenia, o gatunek. Szukają maksymalnie jednolitych mieszanek, kupują single, czyli kawę z jednorodnej plantacji, od właściwego dostawcy. Nie bez znaczenia są tu  też względy ekologiczne czy moralne.

TU PACZ! Oni nie zaglądają do sieciówek nie tylko dlatego, że dwanaście-piętnaście zyli za kubek spienionego mleka pochlapanego naparstkiem kawy to dużo za dużo – po prostu przeszli już na inny etap konsumpcji. Stali się świadomymi konsumentami. Szukają smaków, wrażeń, radości popijania i rozmowy przy kawie, a nie hektolitra ociekającego krowim tłuszczem brązowego napoju. Który nie jest i nie był kawą.

Sieciówki nie padną, to jasne, ponieważ ich menedżerowie ciągle mają biznesowego nosa i umiejętnie podsuwają coraz to nowsze trendy coraz to większej grupie neofitów. Cała nadzieja w tym, że obok nich powstaną (już powstają!) małe dziuple, w których kawa znów znaczy kawa, bez ulepszaczy i kampanii promocyjnych. Może więc doczekamy czasów, gdy powietrze w kawiarni wypełniać będzie aromat kawy a nie odór marketingu?

Do góry