Wałęsa, człowiek z nadziei.

03-10-2013, 09:00
Kategoria: 

Wałęsa, człowiek z nadziei.

To nie jest wielki film. Ale to jest film ważny. Bardziej niż zwykle w kinie, ten obraz dla każdego wybrzmi inaczej. Inaczej dla 20-latka, który – jeśli zechce do kina pójść, a to takie pewne nie jest – zobaczy kawałek historii i los człowieka trochę przypadkowo wrzuconego w jej tryby. Co innego dostrzeże 40-latek, jak przez mgłę pamiętający z dzieciństwa kolejkowy koszmar i umęczonych rodziców. Zupełnie inaczej przeczyta film równolatek Wałęsy.

Tak sobie myślę po projekcji „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, że w przypadku tego filmu każdy  z widzów swoją osobistą historię nałoży na to, co pokazał Wajda. Każdy w tych skrawkach wspomnień może odnaleźć siebie.

Grudzień w siedemdziesiątym. Brniesz przez śnieżne zaspy na zaplecze spożywczaka, w którym znajoma mamy sprzedaje 2 kilo cukru, po cichu, po znajomości, pani, jutro podwyżka, bierz pani, póki mam.

Koniec wakacji w 80. Jesteś autostopem w Budapeszcie, żadnych kontaktów z krajem, radio podaje, że zamkną granice. Boisz się o powrót i o to, co się TAM teraz dzieje. Niewiele rozumiesz, z daleka rzadko co daje się dobrze zrozumieć.

13 grudnia 81. Niedziela, nazajutrz na uczelni zajęcia wojskowe (jak się, cholera, nazywał ten przedmiot?), zamknięte akademiki. I smutna wigilia, w tle zabici w Wujku.

Okrągły Stół, czerwiec, wybory...

To było życie każdego z nas. I w tym sensie film Wajdy każdemu z nas był potrzebny. Zobaczyć  siebie w tej wielkiej panoramie na własną, małą skalę – bezcenne.

Dramaturgia filmu pomyślanego jako wywiad z Wałęsą Oriany Falacci, z którego wyłaniają się kolejne sceny, odsłony, zdarzenia i daty – naprawdę świetna. Dobra sama Oriana, w tej roli włoska aktorka Maria Rosaria Omaggio, a nie (na całe szczęście!) zjawiskowa Monika Belucci, której zdaje się proponowano tę rolę.

Film ma słabe strony – powiedzą ci, którzy Wałęsy nie cenią. O ile pofatygują się obejrzeć, co przecież mocno wątpliwe: oni i tak swoje wiedzą.

Fot. Wieckiewicz

Dlaczego w tym dziele nie ma innych bohaterów? Są, ale mikro-scenkach. Można rozpoznać Alinę Pieńkowską, Bogdana Lisa, jest Anna Walentynowicz. Wielu zabrakło. Tyle tylko, że to żaden zarzut – przecież były miliony, wszystkich nie sposób pokazać. To miał być i to jest film o Lechu. Dwadzieścia  lat znaczonych uporem, walką ze słabościami,  ja nie chcem, ale muszem, znaczonych niełatwymi wyborami, konsekwentną niekonsekwencją, jak to u Wałęsy.

Choć tak naprawdę: czy Lech Wałęsa miał wybór? Padło na niego, zupełnie jakby ktoś (Los, Bóg, Matka Historia, SB, Partia, Breżniew, do wyboru) pokazał palcem – Ty, Lechu! Zadziwiające, tak jednak bywa w dziejach narodów. Różnica polega na tym, że nie umiemy doceniać formatu podobnych postaci, że mniej liczą się dla nas ich zasługi, bardziej błędy.

Nelson Mandela nie jest w RPA kochany przez wszystkich, nie wydaje się jednak możliwe, żeby najwięksi jego przeciwnicy stracili pamięć w sprawie zasług swego przywódcy. „Nie  ma takiego błędu, którego by Polacy nie popełnili” – mówił  Churchill. Nic się zmieniło.

Wajda pokazał Wałęsę niejednoznacznego, a przecież  w głębi ducha przekonanego o swojej nieomylności. Ja wiem, co robić, żeby się udało!. Prosty robotnik miał nosa i miał olbrzymie wsparcie, ale też rzadką charyzmę, bez której nic by się chyba nie udało…

No właśnie, po ówczesnej jego charyzmie nie ma dzisiaj ani śladu, choć mogę przypuszczać, że  Wałęsa chyba zawsze zdawał sobie sprawę, iż ważny jest kontekst, czas, ta jedna, decydująca chwila. I on wtedy był tam, gdzie powinien. Może to intuicja, może dotknięcie palcem bożym, może wyjątkowy zmysł.

Robert Więckiewicz – wszyscy to widzą – zagrał genialnie. Agnieszka Grochowska w roli Danuty  w kilku scenach rozczulająca. I tylko pomysł, żeby akurat Maciej Stuhr zagrał księdza w Arłamowie wydał mi się kompletnie chybiony.

Fot. Grochowska

TU PACZ! Siłą tego filmu są mało lub zupełnie nieznani aktorzy: Magda Smalara w roli karmiącej piersią małą Wałesównę policjantki, Wojtek Solarz jako (chyba) Bogdan Lis, Marcin Perchuć, Wojtek Marczewski, Iwona Bielska w minirólce, Ewa Kuryło – Anna Walentynowicz, partyjniak Michał Czernecki – bardzo wiarygodni.

Kilka przejmujących scen zapadnie w pamięć na dłużej. Wizyta Lecha z kolegami w domu przekupionego przez władze stoczni robotnika – w takim ubóstwie żyli ludzie? Bolesna scena osobistej rewizji Danuty, żony Noblisty  na lotnisku po powrocie z Oslo. Patrzyłem na te fragmenty filmu i myślałem: dla nich to musiała być codzienność, takie upokorzenia, upodlenie bez powodu.

Zgrabnie wypadły wmontowane do filmu sceny z „Człowieka z Marmuru”, czy podpisania Porozumień Sierpniowych – Więckiewicz obok wicepremiera Jagielskiego, Bujaka czy Frasyniuka wygląda naprawdę godnie.

Prawie jak  Forrest Gump.

Tylko czy to nasze „prawie” zrobi wrażenie na oscarowych akademikach? Jeśli potraktują ten film w kategoriach niekoniecznie artystycznych, a przyłożą oko i ucho do wagi tej historii, to kto wie? Niejeden raz tak robili.  Scenarzysta i reżyser, a być może i montażyści włożyli spory  wysiłek w to, żeby obraz był czytelny w świecie. Czy będzie ? Tej pewności nie mam.

Nie zgodzę się natomiast, że to tylko kolejne dzieło oświatowe. Fantastyczne są ostatnie sceny
przesłuchania  Wałęsy, bezradność esbeków, rosnąca pewność, że to koniec epoki i niepewny początek. Co było potem – wszyscy wiemy. Czy bez Wałęsy, elektryka  z Popowa, który w życiu żadnej książki nie przeczytał, to nowe by się w ogóle wydarzyło?

To pytanie pozostaje  bez odpowiedzi. A na film idź obowiązkowo, jakkolwiek to brzmi. Nie wypada nie iść, nawet jeśli masz tylko 20 lat.

Zobacz zwiastun:

Do góry