Ten twój Jezus lubi ludzi takich, jak ja

27-10-2013, 09:00
Kategoria: 

Ten twój Jezus lubi ludzi takich, jak ja

Wcielenie Niewinności i Dobra spotyka Samo Zło i Rozpustę. W czerni i bieli. W klimacie, od którego polskie kino dawno odwykło. Z twarzami, które pachną świeżością. Taka jest „Ida”, film Pawła Pawlikowskiego.

Nie mam przekonania, czy z tego filmu cokolwiek mądrego wyniosą współczesne dwudziestolatki. Dotyka w równym stopniu sacrum i profanum, wplata postaci w wielką historię i każe im dokonywać wyborów, których dziś nikt już brać na siebie nie musi. A przede wszystkim – jest to kino niedzisiejsze, bo nieśpieszne, spokojne, falujące spokojnymi kadrami, melancholijne wręcz. 

Pawlikowski pokazuje czas gomułkowskiej Polski, szary, zamknięty w prowincjonalnych przestrzeniach, zduszony. Jedyny jasny punkt – muzyka, smętne dość potańcówki przy genialnie prostych utworach Heleny Majdaniec, Marii Koterbskiej i Marino Mariniego , śpiewanych przez Joannę Kulig. Jest jeszcze „Naima” Johna Coltraine’a, absolutnie zniewalająca.

O sile tej produkcji stanowią aktorzy, scenariusz Pawlikowskiego i zdjęcia duetu Żal/Lenczewski. Te ostatnie przypomniały mi starą polską szkołę filmową z klimatami rodem z „Matki Joanny od Aniołów” czy „Niewinnych czarodziei”. Scenariusz ociera się o geniusz prostoty – nie ma w nim zaskoczeń, nie ma pętli, zwrotów, przyśpieszeń, w ogóle nie o to chodzi. Są poplątane życiorysy, wielkie i ciężkie grzechy, umierające sumienia, jest czystość, niewinność, jest brud. Widzimy starcie dwóch postaci, dwóch postaw, dwóch osobowości i form kobiecych. 

Ida jest nowicjuszką w zakonie, wkrótce przystąpi do ślubów zakonnych. Wychowana od wczesnych lat młodości przez siostry zakonne, nie zna innego świata. Tuż przed ślubowaniem przełożona daje jej adres ciotki – Wandy Gruz, jedynego żyjącego członka rodziny Idy, prosząc, by ją odwiedziła. Dziewczyna ruszą w podróż, która mocno zmieni całe jej życie.

Te dwie kobiety są ozdobą tego filmu, a relacje między nimi – motorem napędzającym emocje widza. Idę gra prześliczna Agata Trzebuchowska, Wandę Gruz – komunistyczną prokurator, zwaną Krwawą Wandą – Agata Kulesza. Pierwsza: niewinna, schowana w sobie, nie nadużywająca słów, ale wypełniająca ekran i… wyobraźnię. Druga: cyniczna, zgorzkniała, doświadczona kobieta, w dodatku ateistka, wykonawczyni wielu stalinowskich wyroków, szukająca ukojenia w alkoholu, seksie z przygodnymi facetami i w muzyce.

To ciotka mówi Idzie, że pochodzą z żydowskiej rodziny, zamordowanej przez Polaków. Ido Lebenstein, jesteś córką Żydów. Żydowską zakonnicą. Szok. To Wanda Gruz proponuje dziewczynie, by pojechała z nią odszukać miejsce pochówku rodziców Idy i… syna Wandy, wychowywanego przez jej siostrę – matkę Idy. Obie wyjeżdżają na Podlasie. W małej mieścinie trafiają do hotelu z potańcówkami, ciotka pije, dziewczyna modli się za nią, nie zdejmując zakonnych szat. 

Ciotka prosi siostrzenicę, by założyła sukienkę, tańczyła, kochała się, by zanurzyła się w grzechu: wszak jej zakonna misja ma być formą pokuty za grzechy doczesne. Zdaje się mówić dziewczynie: bądź taka jak ja, przeżyj coś, doświadcz życia, a potem daj się zamknąć do klasztoru. Mówi jej zresztą wprost: – Ten twój Jezus musi lubić ludzi takich, jak ja. Zepsutych, zdemoralizowanych, gotowych do ratowania ich dusz. Bezskutecznie. Czystość i Niewinność pozostaje Czystością i Niewinnością.

Ida o pięknej twarzy schowanej w szarym welonie, poznaje nawet wyjątkowego chłopaka (Dawid Ogrodnik, saksofonista grający Coltraine’a, w kolejnej po „Jesteś Bogiem” i „Chce się żyć” świetnej roli), ale poznaje też dramatyczną prawdę o losach swojej rodziny, poznaje jej katów. I to, co mnie najbardziej szokuje, przyjmuje ją znacznie spokojniej niż ciotka. Dla niej, przywykłej do świata zbrodni, odnalezienie szczątków własnego syna, siostry i jej męża staje się powalającą traumą.

Ida wraca do zakonu. Zakończenia filmu nie zdradzę, powiem jedynie, że wyszedłem przejęty jego pięknem, czystością formy, dopieszczeniem wszystkich szczegółów, zwłaszcza poetyką obrazu uchwyconego kamerą, klimatami prowincjonalnej Polski, którą znaleziono w Łodzi, Zgierzu, Klemensowie, Mianowie. Senne, stare, duszne miasteczka, mglista atmosfera, twarde rysy postaci (doskonały, prawie niemy epizod Jerzego Treli), Gomułka na portretach… Taki czas.

TU PACZ! Ten film daje obraz prawdy o epoce, ale to nie krzyczące w każdej scenie „Pokłosie”. To poezja, senność. Trochę dłużyzn dałoby się usunąć, kilka dialogów wzbogacić i poprawić, kilka dźwięków wzmocnić, bo jak to w polskim kinie, często umykają naszym uszom. Ale poza drobiazgami – mamy do czynienia z kinem wartościowym, przejmującym, artystycznym. 

Fot. Ida_1

No i dwie główne bohaterki – już tylko dla nich, dla włosów, ust, uśmiechu i ciała młodej zakonnicy, i dla poziomu gry Agaty Kuleszy (mistrzowskie „przesłuchanie” we własnym, rodzinnym domu), i dla pełnego uroku minimalizmu w sztuce aktorskiej Trzebuchowskiej – warto obejrzeć ten film. 

Ale czy młodzi cokolwiek z tego zrozumieją? Wątpię. 

Do góry