Kiedy blogerzy i Stołeczna robią sobie jaja. Z czytelników.

29-10-2013, 09:00
Kategoria: 

Kiedy blogerzy i Stołeczna robią sobie jaja. Z czytelników.

Mam problem z pewnymi tekstami, ponieważ samemu będąc częścią tzw. blogosfery i wystawiając się niemal codziennie na widok publiczny – tudzież pośmiewisko – wystawiam się również jako obiekt zainteresowania ze strony marek. I jeśli chcą, bym coś o nich napisał – piszę. (Co zdarza się tutaj rzadko.) I do tej pory: nigdy za pieniądze.

Myślę, że bloger, jak kiedyś dziennikarz (gdy dziennikarstwo było jeszcze dziennikarstwem) musi być poza wszelkim podejrzeniem. Ponieważ niektórzy chcą żyć (lub żyją) z blogowania, muszą dzielić swój świat emocji na kilka sfer. Tę bardzo osobistą, do której pieniądz nie ma dostępu, tę na sprzedaż, tę intelektualną – gdy trzeba się pochylić nad problemem, który bezpośrednio nas nie dotyka, a za opisanie którego nikt nam nie zapłaci – i tę (tak to nazwę) misyjną, gdy wypada dać dobre świadectwo całej swojej branży.

W jednym ze znanych blogów poświęconych warszawskiej gastronomii, blogerka najpierw wypisała  peany pod adresem degustowanych dań, a na koniec swój wpis skwitowała następująco:

Restaurację odwiedziłam w ramach oceniania nominowanych miejsc jako członek jury Knajpy Roku, koszty naszego posiłku pokrywała restauracja, ale tożsamość ujawniłam dopiero po zakończeniu posiłku.

TU PACZ! Co mi tu zgrzyta? Kontekst sytuacyjny. Restauracje płacą za to, by wygrać w konkursie. Pierwsze dziadostwo: płacisz za to, żeby ktoś Cię dobrze lub źle ocenił.

Dziadostwo numer 2: Blogerzy ustawiają się w roli tajemniczych klientów, ale w zapale twórczym gubią całą swoją niezależność opiniotwórczą – niezbędną w tym fachu – ponieważ godzą się na rolę małpy, która przyjdzie, naje się na koszt restauratora, pochwali menu w swoim wpisie i kończąc napisze wstydliwą kursywą – terefere kuku, tekst jest na zamówienie, nakarmili mnie, a ja przyznałam się po wszystkim i nie musiałam za nic płacić.

Przyznawszy się do blogowania i uczestnictwa w jury, blogerka zostaje w pamięci restauratorów i obsługi na dłużej: czy będzie wiarygodna, gdy za rok z tej lub innej odwiedzanej knajpy napisze pochwalną recenzję? Czy każą jej zapłacić, gdy wróci ponownie?

Czy nie byłoby uczciwiej, gdyby zapłaciła z własnej kieszeni i nie ujawniała tożsamości, dokumentując pobyt jak każdy zawodowy, tajemniczy klient, a rozliczyła się z organizatorem konkursu przy okazji obrad jury?  

Konkurs „Knajpa Roku” organizuje ta sama nieprzekupna Gazeta Stołeczna, która hardo rozdaje Nogi od stołków – jako antynagrody za najróżniejsze kretynizmy roku.

Proponuję w 2013 przyznać Nogę samej Gazecie – za patronowanie akcji, która robi czytelnikom wodę z mózgów. Restauratorzy płacą za reklamę, blogerzy udają, że prawdziwie testują, gazeta udaje, że tworzy niezależny system ocen i nominacji, i tylko klient wydziczony nie wie, w co wierzyć najpierw? W hymny pochwalne pod adresem właścicieli knajp, w halibuta, który tak bosko smakuje czy w mamonę, którą ryba śmierdzi na odległość?

Nic nie pomaga, gdy smród owija się w gazetę. Nawet w Stołeczną.

Do góry