„Włoskie buty” Mankella

28-09-2013, 09:00
Kategoria: 

„Włoskie buty” Mankella

Na przykład to: „Miałbym przestać za nią tęsknić, tylko dlatego, że już jej nie ma? Że umarła?” Albo to: „Jeśli chce się wiedzieć za dużo – można zniszczyć przyjaźń”. I jeszcze  jedno: „kobiety  wiecznie coś mieszają. Mężczyźni uderzają, tną i szarpią, a kobiety mieszają, mieszają, mieszają...”

Tych słów nie napisał ktoś młody. Takie rzeczy wie się dopiero w okolicach pięćdziesiątki. Podobno 30- letni mężczyzna to szczeniak, młodszymi nie ma sensu się zajmować, a czterdziestolatek? No… to już podobni trochę lepiej, ale też różnie ;)

Henning Mankell ma 65 lat i uprawnienia do pisania po męsku posiadł bez wątpienia.

Fot. Mankell

Mankell opuścił  Wallandera, a może to stary inspektor miał dosyć Mankella?? Kto to wie. W jednej z ostatnich książek z inspektorem z Ystad, chyba był to „Niespokojny człowiek” (w stacji Ale Kino  wystartowała właśnie trzecia szwedzka seria), pisarz dał nam do zrozumienia, że pora się rozstać, że to już koniec kryminalnej sagi, koniec mrocznych zagadek, żmudnych, ślimaczących się śledztw, koniec z piciem, koniec z operą, koniec, the end. Dalszego ciągu nie będzie.

Być może na  decyzję wpływ miała niespodziewana  śmierć młodej  aktorki Johanny Sällström, która w szwedzkiej serii o Wallanderze wcieliła  się w rolę jego córki, Lindy. Rzeczywiście, Johanna była urodzona do roli Lindy, nieśmiała, ale pewna siebie, cicha i skromna, a jednocześnie zawsze stawiała na swoim, uparta i nieprzejednana była jak tata.

W Walentynki 2007 roku 33-letnia Johanna odebrała sobie życie, zostawiła kilkuletnią córeczkę i kompletnie zszokowaną ekipę filmową. Sam Mankell podobno bardzo przeżył śmierć aktorki. Jak donosiły szwedzkie media, pogłębiająca się depresja i tragiczny finał mogły mieć wpływ na decyzję pisarza o zamknięciu cyklu.

Może tak było, może nie, Henning Mankell pozostał przecież wrażliwym człowiekiem, bystrym obserwatorem współczesności, kimś w rodzaju analityka. W swoich książkach pokazał, że „nowoczesność” odebrała ludziom bliskość, czas, wzajemne zrozumienie, dobre relacje, refleksję, w zamian dając chaos, pośpiech, porwane więzi, pomieszanie pojęć, zanik wartości. Może to stąd wzięła się nowa znakomita powieść szwedzkiego mentora?

Niekryminalna, prosta historia. Prosta, choć pełna treści, soczysta, prawdziwa, i jednak mocno zagadkowa. „Włoskie buty” to także, ku żalowi wielu czytelników, powieść bez Kurta Wallandera, który przeistoczył  się tu jednak (nie martwcie się wcale!), w samotnika Fredericka Welina. Wszyscy doskonale wiemy, że to nowe alter ego pisarza. Welin jest nawet starszy od inspektora z Ystad, ma chyba tyle lat, ile sam Mankell.

Welin jest jednak jeszcze bardziej samotny niż komisarz, chociaż w to akurat  trudno uwierzyć.  Od kilkunastu lat mieszka zupełnie sam na maleńkiej  wyspie szwedzkiego archipelagu. Ma starego jak świat psa i jeszcze starszą kotkę, kiedyś był cenionym chirurgiem. Zdarzyło się jednak w jego życiu coś, co spowodowało, że odszedł z zawodu i odsunął  od ludzi.

Wiele lat temu, po katastrofie, przeżywałem tak wielką rozpacz, że rzeczywiście myślałem o odebraniu  sobie  życia. Nigdy jednak nie spróbowałem. Tchórzostwo okazało się moim najwierniejszym kompanem. Poza tym zawsze byłem zdania, że nie wolno sobie odpuszczać. Życie jest jak krucha gałąź nad przepaścią, a ja zamierzałem trzymać się jej z całych sił tak długo ,jak zdołam.

Frederick  zatem nie odpuszcza sobie winy, nie rozgrzesza, a przecież na sumieniu ma niejedno.
Jedynym człowiekiem, z którym spotyka się bohater, jest listonosz-hipochondryk, maruda i zrzęda, który przy każdej okazji wymyśla dla siebie nowe schorzenie. Mężczyźni na pewno nie są przyjaciółmi, nawet nie  bardzo się lubią, jeden przywozi drugiemu listy, właściwie... tylko bankowe wyciągi, drugi go bada, a diagnoza brzmi niezmiennie – jesteś zdrowy jak ryba, Jansson.

Poznajemy Welina, gdy morze wokół jego wyspy skute jest grubym lodem. Zupełnie jak jego życie. Nie w nim niczego ciepłego, dobrego, radosnego. Rozczarowanie, zawód, doznane, a może jeszcze  bardziej – wyrządzone krzywdy, samotność. I wtedy ktoś Welina odwiedza…

Włoskie buty” to literatura najwyższej próby. Nie dla spragnionych happy endów, nie dla miłośników dziania się. Dzieje się niewiele, a przecież dzieje się wszystko. Pomyślałem – ta książka to niezła terapia na jesienne nastroje, na rozprawę z samym sobą, z własnym życiem. Bo – jakie to banalne –  drugiego życia nie będzie.

Frederick Welin już to wie. Henning Mankell też…

Do góry