W imię… Między Bogiem a kochankiem.

23-09-2013, 09:00
Kategoria: 

W imię… Między Bogiem a kochankiem.

Widać w tym filmie reżyserską pasję. Widać doskonale dobrane plenery: miejsce w stylu „Nowhere”, jak zresztą brzmiał w pierwotnym zamyśle tytuł tego filmu. Widać doskonałe aktorstwo Andrzeja Chyra. Ale wyszedłem z tego filmu bez pełnej satysfakcji.

On jest, niestety, jak jeden z głosów w dyskusji o sytuacji Kościoła – a miałem nadzieję, że będzie w szerszym zakresie częścią dyskusji o człowieku, jego słabościach.

Młągorzata Szumowska pokazuje sceny z życia kościelnej prowincji, na której ląduje warszawski ksiądz Adam (Andrzej Chyra), z powodów, których możemy jedynie się domyślać. Odrzuca zaloty Ewy (Adam – Ewy!), w tej roli Maja Ostaszewska, opiera się pokusom zgnuśnienia (mógłby przecież po prostu trwać), jest aktywny, walczy nie tylko z sobą, ale i o przyszłość grupy chłopców z poprawczaka. Wyróżnia się z wiejskiego tłumu ciuchami, butami, słuchawkami na uszach, laptopem. Jest typem nowoczesnego księdza, którego nie można nie lubić, którego – zdaje się – szybko pokocha cała wieś.

A jednak podczas pierwszej z dwóch pokazanych mszy widzimy wypełnioną niemal po brzegi salę kościoła, w drugiej – towarzyszy mu już garstka wiernych. Dlaczego? Co się stało? Czym ksiądz-odmieniec zasłużył sobie na ten dyshonor?

Jest gejem.

W ultrakatolickim kraju na skraju Europy, w miejscu, które wyróżnia się jedynie dwoma akcentami – ruiną Marketu Niagara i pięknie odnowionych gmaszyskiem kościoła – ksiądz z TAKIM problemem nie może liczyć na wyrozumiałość. Kiedy w jednej ze scen widzimy go, jak przytula się do Dyni, jednego z mieszkańców (w tej roli Mateusz Kościukiewicz) , a później opowie o tym: chciałem się tylko do kogoś przytulić – wiadomo już, że historia nie może zakończyć się happy endem. Nie tu, nie teraz.

Oglądając „W imię…” odnosiłem wrażenie, że jest to film składający się z improwizowanych scenek. Że tradycyjne dialogi nie mają dla reżyserki, Małgorzaty Szumowskiej, większego znaczenia. I za to jej chwała: Kościukiewicz, drugi z głównych bohaterów, mówi w tym filmie bodaj jedno pełne zdanie! Doskonałe, nie układane według sztancy są dialogi małolatów ze wsi i z poprawczaka – gdy dyskutują o seksie wśród księży, gdy licytują się, kto jest silniejszy, gdy walczą między sobą. To brzmi autentycznie i jest autentyczne; już za sam dobór aktorów drugiego planu – którzy świecą w wielu scenach filmu – należy się Szumowskiej wielkie uznanie.

Dwie sceny w tym filmie robią wrażenie na widzach: niemy akt homoseksualnego stosunku i (może jedynie nazbyt „dopowiedziana”, jednoznaczna) rozmowa-spowiedź księdza Adama za pośrednictwem Skype’a. One wbijają w fotel, podobnie zresztą jak aktorstwo Chyry.

Fot. Imie_2

Czemuż więc wyszedłem z kina bez satysfakcji? Może zabrakło mi pośród wielu różnorodnych, porozrzucanych tematycznie scen, czegoś prawdziwie jednolitego, spajającego całość? Homoseksualność księdza Adama kłębi się w nim, buzuje, ale przez długi czas to nie ona gra najważniejszą rolę w filmie. Zakładając hipotetycznie, że poszedłem na „W imię…” bez wcześniejszego czytania recenzji i jedynie z wiedzą, iż jest to „intymny portret księdza”, przez długi czas odczuwałbym niedosyt widząc niezliczone sceny z budowania kościelnego muru, gry w piłkę nożną, obserwując problemy z wychowankami i umizgi nudzącej się na prowincji damy, a nawet seks w chłopięcej grupie. To wszystko są piękne, dobrze nakręcone etiudy, które długo nie składają się w jedną całość. Za długo.

Ksiądz Adam przegrywa, choć to złe słowo – tak jak z poprzedniej swojej parafii, tak i tu musi wyjechać, chroniony cichą zmową kościelnej hierarchii, dla której „nie ma problemu” homoseksualizmu czy pedofilii. Po prostu, będzie prowadził swoje owieczki kilkadziesiąt kilometrów dalej, co nijak ani problemów Kościoła, ani tym bardziej jego problemu  nie rozwiązuje. Zamiata je pod dywan wyłącznie.

Nie czułem, by Szumowska poruszyła we mnie emocje, których wcześniej nie rozpoznawałem. Nie czułem, by jak Agnieszka Holland „W ciemności” opowiadała temat, który nie jest obecny na czołówkach gazet. Nie mam wrażenia, że dowiedziałem się w tym filmie czegokolwiek nowego o świecie, o nas, o sobie. Nie: Chyra jest wielki, Szumowska ma reporterską intuicję i potrafi genialnie operować obrazem, emocjami, aktorami, wieś na zadupiu potrafi być tak piękna i tak nieszczęśliwa, jak w tym filmie. To wszystko już wiem, wiedziałem.

Fot. Imie_3

Zadziorny temat, atrakcyjna oprawa, kilka mocnych scen, dobre aktorstwo, twarde teksty. Kilka niezłych metafor (gdy Adam uczy Dynię pływać, gdy Adam nie chce Ewy), dobre poczucie humoru (udawanie małp na polu kukurydzy), to wszystko są plusy „W imię…”

Czy coś więcej, coś nowego, odkrywczego? Otóż właśnie: nie zapisało mi się w pamięci…

Zwiastun filmu:

Do góry