Studium pracoholizmu

22-09-2013, 09:00
Kategoria: 

Studium pracoholizmu

Najdłuższy okres milczenia w historii tego bloga: nie poznaję sam siebie. Ale tak właśnie ze mną jest, gdy zatracam różnicę pomiędzy tym, co jest potrzebne mi, a tym, co – jak mi się wydaje – niezbędne jest dla marki, dla której pracuję. Pisałem tu kiedyś teksty i odezwy przeciw pracoholizmowi? Wykasujcie je. Są nieaktualne. Znów TO robię. Niestety.

Ta spirala jest męcząca, ale najbardziej męczące jest to, że zdajesz sobie z niej sprawę. Że wiesz o niej wszystko – i nie potrafisz jej powstrzymać, oprzeć się. Że najpierw  mówisz tak: dobra, w tym tygodniu popracuję przez 24h/7, ale złapię wiatr żagle, odepchnę wszystko od siebie i potem będzie luz. Nakręcasz się na początku, mówisz – patrz, jak ci świetnie idzie, posiedzisz teraz dłużej, ale niedługo Majorka, odpoczniesz.

I sam nawet nie spostrzegasz, jak wielka ilość pracy, którą wkładasz w korporację, zaczyna być przetwarzana na jeszcze większą ilość. Wymyśliłeś coś, zacząłeś – super, ale przecież trzeba iść za ciosem! Twój pomysł tak dobrze działa, że sam mówisz: potrzebny jest kolejny. I znów wymyślasz, nakręcasz się, szukasz kolejnych pomysłów. Co zrobić, żeby się wyrobić? Pracować od siódmej rano – żeby zdążyć przed tymi, którzy do korporacji przychodzą na ósmą – i o dwudziestej siadać do drugiej i trzeciej zmiany, którą generujesz sobie poprzez zdwojoną aktywność w ciągu całego dnia.

Im więcej pracujesz, tym więcej pracujesz.

Im bardziej myślisz o marce, tym bardziej o niej musisz myśleć, bo gdy nie myślisz, twój wewnętrzny pytajnik pyta – jak to, kurwa, co jest, dlaczego przestałeś myśleć? Więc włączasz myślenie. I znów budzisz się w nocy, żeby zapisać jakiś pomysł, bo przecież – śpiąc, także myślisz. Śnisz roboczym snem.

Powinny być dodatki płacowe za spanie z marką.

Więc sorry. Wpadłem w turbulencję. Miałem tu pisać relaksacyjnie, bo wydawało mi się,  że wkroczyłem w taki okres życia. Że już tylko cisza i święty spokój, powolne umieranie…

Ta turbulencja trwa. A gdy nawet momentami wydawało mi się, że już-już z niej wychodzę, siła ciążenia organizmu w stronę łóżka była tak mocna, że aż dużo większa od chęci napisania czegokolwiek. I tak przez cały czas, przez siedem ostatnich dni. Masakra.

Kino? Zero. Książka? Zero. Mecz był jakiś, Liga Mistrzów? Zero. Muzyka? Tyle, ile w samochodzie. Obiad? Odpada, zjem kawałek chleba, wieczorem, bo za dnia nie czuję głodu. Jedynie praca, alkohol dla znieczulenia, odrobina snu, praca. Stadium późnego pracoholizmu, wiem to, znam to. Przepraszam. Ale może przez weekend się wygrzebię. To znaczy: jak skończę tę część pracy, która ciągle wydaje mi się najważniejsza. A jeszcze bardziej wydaje mi się, że nigdy jej nie skończę. Istny obłęd.

Do góry