Pasja Oli Wu i niemieckie roboty

07-09-2013, 09:00
Kategoria: 

Pasja Oli Wu i niemieckie roboty

Nie wciągnęło mnie nocne życie Berlina, zanadto wpatrzone w turystykę i wypełnione jałowym klimatem luksusowych restauracji i smakiem bratwursta z ulicznego baru. I choć miejscowi mówili mi, że trafiłem do niewłaściwej dzielnicy, to jednak pozostaję przy swoim: miasto jest lekko przereklamowane.

Pieczona biała kiełbasa i piwo na jednym biegunie, ślady Toma Cruise’a i Leonardo DiCaprio na drugim, czyli Maximilian’s przy Friedrichstrasse i Vox w hotelu Hyatt. To są skrajności, choć każda w swojej klasie wyjątkowa. Vox to restauracja z najwyższej półki, w której kontempluje się życie i jedzenie, odwiedzana przez aktorów podczas festiwalu Berlinale. Powalająca jest cierpliwość klientów i obojętność obsługi, która bez ćwierci uśmiechu i emocji na twarzy zajmuje się przyrządzaniem i roznoszeniem potraw – średni czas oddzielający startery od deserów wynosi trzy godziny; można umrzeć z nudów. Albo z głodu.

I narzekałbym na to ogromnie, gdyby nie jeden szczegół, który mnie urzekł. Gdzieś tak w drugiej godzinie wieczornego oczekiwania na moją śniadanio-obiado-kolację w kącie sali pojawił się pan, drugi pan i pani. Ona śpiewa, oni grają. Co w tym urzekającego? Ano klimat, który wprowadzają. Miałem wrażenie, że sączą muzykę do ucha, starając się nikomu nie przeszkodzić w uczcie. Wygląda to tak, że jeśli chcesz rozmawiać przy stole, to trio w niczym ci nie przeszkadza, ale jeśli chcesz skoncentrować się na muzyce, ona daje ci wyjątkową rozkosz. To nie była Norah Jones, ale coś bardzo, bardzo bliskiego. Z feelingiem, uczuciem, w sennym jazzowym klimacie… doskonałe.

Tu akurat porównanie z polskimi restauracjami, w których muzyka dominuje, zabija całą przyjemność rozmowy i przeszkadza, wypada z korzyścią dla Niemców. W Vox umiejętnie dostosowano akcenty muzyczne do otoczenia i warunków akustycznych oraz celu, który trzeba osiągnąć – umilić spotkanie, a nie zagłuszyć je kakofonią dźwięków. Tego możemy się od nich uczyć.

Nie zmienia to faktu, że jedna z najdroższych berlińskich restauracji to miejsce, z którego zionie nieprzyjaznym chłodem, w którym trudno o uśmiech, a każdy kelner jest tak uniżenie milczący i bezbarwny, że rozpuszcza się w tle marmurów.

Maximilian’s i dziesiątki podobnych barów, jak choćby BelAhr,  stoją na zupełnie innym biegunie. Dziesięć razy tańsze, kolekcjonują klientelę, która przychodzi pośpiewać sprośne piosenki i wychylić kilka kufli piwa przy bawarskiej golonce. Jest głośno, ludycznie, sympatycznie, ale – jaka nuda! Kto lubi niemieckie piosenki, ręka do góry!? Zabiegani, wściekli kelnerzy, z którymi niczego nie można załatwić, którzy w niczym nie chcą pomóc, na wszystko mają za mało czasu, szurają krzesłami, kiedy mija godzina 23...

I gdzieś między nimi rodzynek, menedżer sali, jak się okazuje – Polak. Kwintesencja kompetencji, życzliwości, uśmiechu, przyjaznego stosunku do klientów. Przeciwieństwo swoich pracowników, uśmiechnięty i życzliwy, chętny do pomocy, rozmowy. Całkowicie inny świat – i dla rodaków z Polski, i dla gości z całego świata, w tym Niemców.

TU PACZ! A  pamiętacie? Kiedyś jeździło się z Polski do Berlina na flohmarkt, żeby handlować, a dla nich, Niemców, byliśmy bandą dzikusów, która miała uczyć się kultury od zachodniej elity. Teraz role się odwracają… Menedżerem dużej restauracji jest Polak, od którego klasy może się uczyć niemiecki personel.

Co ma do tego Ola Wu? I kim jestże ona? Olę Wu poznałem przypadkowo w warszawskim Hard Rock Cafe, którego atmosfera wieczorową porą mogłaby – tak jak atmosfera w wielu warszawskich restauracjach, klubach czy barach – stanowić wzór dla knajp Berlina, zblazowanych własną sławą. Ola Wu jest kelnerką i daję głowę, że gdyby trafiła do berlińskich restauracji, byłaby ich ozdobą. Dlaczego?

Lubię ludzi, którzy nawet w tak ekstremalnie krótkim czasie, jak obsługa klienta w barze, potrafią pokazać osobowość. Błysnąć. Dać się zapamiętać dzięki własnej pasji, jednemu mądremu słowu czy zwykłej uprzejmości. Nie pamiętam twarzy żadnego z kelnerów w Vox, bo choć się starali dolewać wino zawsze we właściwym momencie, byli wyłącznie tłem, niemym świecznikiem z restauracji. Bez duszy, pracujący jak roboty, nie potrafiący nawiązać z klientem żadnego kontaktu, chowani jako armia automatów do wydawania napojów i potraw.

Polak, menedżer z berlińskiego Maximilian’sa i Ola Wu z warszawskiej Hard Rock Cafe mają to coś, co daje się wyczuć na odległość: lubią swoją pracę i lubią ludzi. To widać. I mało tego – potrafią rozmawiać! Nie nachalnie, bez narzucania się, z uśmiechem i jakąś taką fajną radością istnienia.

Wiesz, że kelner, który przychodzi do pracy w Hard Rock Cafe dostaje smycz z własnym identyfikatorem, do której przypięte są trzy piny? To jego pozycja startowa. Piny produkowane są w krótkich, limitowanych seriach, sprzedaje się je w sieci restauracji, ale przy okazji dla kelnerów stanowią świadectwo kolejnych sukcesów w pracy. Nowy pin (niektóre to perełki dizajnu!) dostaje się za szczególne osiągnięcia, za wspólne sukcesy baru, za pochwały od klientów, za wysokość obrotów, za dobrą ocenę od mistery-shoppera, za klasę.

Piny z Hard Rock Cafe, poprzez swoją limitowaną wielkość nakładów, stanowią przedmiot wtórnego obrotu, a niektóre osiągają bardzo przyzwoite ceny, liczone w dziesiątkach i setkach euro lub dolarów. Smycz, którą nosi na szyi Ola W. ma takich pinów kilkanaście i jej wartość po czterech latach sięga… tysiąca euro. Im więcej pinów, tym lepszy kelner, tym lepszą ma pozycję w firmie, a pewnie i zarobki.

Fot. pin2

Wyprane z emocji niemieckie knajpy i obsługa, która patrzy na turystę jak na bankomat – kontra polski, czasem nieco przaśny klimat, w którym jest miejsce na luźną, sympatyczną rozmowę. To oni budują atmosferę, a nie te niemieckie, usztywnione roboty. 

Do góry