„Jobs”. Jeśli nie czujesz inspiracji do życia, obejrzyj!

01-09-2013, 09:00
Kategoria: 

„Jobs”. Jeśli nie czujesz inspiracji do życia, obejrzyj!

Nie mam problemu z tym filmem, ponieważ zwyczajnie mi się podobał. Nie oczekiwałem arcydzieła lecz solidnej biografii. Nie oczekiwałem wybitnych kreacji, ale wbrew krytykom, uważam tytułową rolę Ashtona Kutchera za udaną.

Najpierw o Jobsie, jako Jobsie. Porywająca, fascynująca postać, wyjątkowo godna naśladowania – w sensie pasji, uporu, cierpliwości, konsekwencji, siły woli, buntu. Przełamał tyle barier w świecie, złamał tyle zasad, że stał się wzorem do naśladowania. Ale: nie kopiowania! Po wielokroć powtarzał – nie będziemy kopiowali tego g… z IBM! Szedł pod prąd, myślał kategoriami prostoty, funkcjonalności dla użytkownika, intuicyjności, a nie technicznego zakałapućkania.

Miał charyzmę, ale jednocześnie był jak każdy geniusz sukinsynem-egoistą. Samotny, niezrozumiały geniusz. Porywał tłumy, miał wśród swoich pracowników (i klientów) prawdziwych wyznawców, ale – znów: jak każdy geniusz – potrafił twardo rozstawać się  z wszystkimi, którzy nie nadążają. Nawet jeśli zawdzięczał im własny sukces. Nawet, jeśli zaliczał ich do bliskich przyjaciół.

Trudny facet, wielki człowiek, do sukcesu i potęgi Apple – marki o największej dziś wartości na świecie – doprowadził dzięki własnej przenikliwości, dobrej ocenie rynku i potrzeb konsumenckich, atrakcyjnej wizji. Tym porywał, wizją potrafił zjednać sympatyków i pokonać konkurencję. Wyprzedzał czas.

Film o nim to kino solidne, momentami aż nazbyt uładzone, ale wiernie oddające i klimat epoki, w której rodziło się Apple, i amerykańską mentalność, i wreszcie racje, które kierowały samym Jobsem. Znał swoją wartość, przewidywał ją nawet wtedy, kiedy nie miał nic do zaoferowania oprócz pomysłu. Potrafił zagrać o najwyższą stawkę – gdy jego anioł biznesu, Mike Markkula, mówi, że może przeznaczyć na rozwój kompletnie nieznanej firmy 90 tysięcy dolarów, Jobs potraja stawkę… Wie, przeczuwa jaką wartość może mieć jego projekt i nie idzie na żadne kompromisy. I wygrywa!

Jest w tym filmie kilka scenariuszowych potknięć. Nie podoba mi się to, że kończy się przed niespełna dwiema dekadami, gdy Steve Jobs powrócił do Apple w roli dyrektora generalnego i gdy zaczęła się prawdziwie złota era tej firmy. Nie podobało mi się, że nie widzimy Jobsa dojrzałego, mentora, człowieka chorego, ale ciągle mającego gigantyczny wpływ na losy świata technologii, nadającego ton temu światu. No i nie podobało mi się w rezultacie to, że ten film… trwa tak krótko.

Jako przerywnik – fotki. Ahton Kutcher (Jobs) i Josh Gad (jako Steve Wozniak):

Fot. J2

Fot. j1

Przeczytałem gdzieś, że jest to dzieło przeznaczone wyłącznie dla zagorzałych fanów marki z nadgryzionym jabłkiem. Zupełnie się z tym nie zgadzam.

To film dla ludzi, którzy nie wiedzą w którą stronę iść.

Którzy mają problem z identyfikacją własnej inności, z akceptacją we własnym środowisku, ze znalezieniem nadziei dla swoich projektów i wizji. Właśnie dlatego powinniście pójść na ten film! Właśnie z powodu bycia w dołku trzeba go obejrzeć, złapać kilka prawd podstawowych, poznać kilka – niestety, często sk…syńskich – zasad, które rządzą współczesnym biznesem.

TU PACZ! Ważne są końcowe sceny, właściwie – fotografie kończące ten film. Znakomite! Można na nich zobaczyć całą grupę pierwszych wyznawców Jobsa, założycieli i pierwszych pracowników Apple, i dostrzec mistrzostwo w amerykańskim castingu. Jacyż ci ludzie są podobni do oryginałów! Jak świetnie sobie radzą z własnymi rolami, jak dobrze, że możemy poznać zaplecze Steve’a Jobsa. Bez nich na starcie – myślę – nie miałby tyle szczęścia. Opłaca się mieć przyjaciół. I opłaca się o nich dbać. Tu, niestety, główny bohater dał ciała na całej linii…

Zobacz zwiastun:

Do góry