Sposób na odmłodzenie

01-08-2013, 09:00
Kategoria: 

Sposób na odmłodzenie

Czasem gołym okiem dostrzegam upływający czas… Ostatnio w poniedziałek, na przypadkowo zaliczonym koncercie punkrockowym…

Każdy chciał być idolem. Albo choć strażakiem. Ale najlepiej gwiazdą rocka, piłki nożnej, sceny teatralnej albo filmu. I może jeszcze pilotem, lekarzem lub policjantem, ale nie takim zwykłym krawężnikiem tylko tym, który ściga bandytów. Mnie wprawdzie wróżono, że będę ogrodnikiem, ale marzenia miałem iść prozaiczne: chciałem być piłkarzem, najlepiej włoskim. Później przeszło mi na inną stronę – widziałem siebie w roli menedżera zespołów rockowych, chciałem nosić (i nosiłem) długie włosy, jako świadectwo absolutnej wolności i miałem wszystko w… Czyli gdzieś.

Nie było mi blisko do punk rocka, bo był zanadto prymitywny i modny jednocześnie, a przecież faceci wychowani na długich i wirtuozerskich solówkach gitarowych nie lubią jednostajnego szarpania strun. Ale z czasem punk nabrał pewnej ogłady, złapał muzyczny poziom, aż… znikł z mainstreamu niemal zupełnie – wyparty przez pop i rap – i od tego momentu zaczął mi się prawdziwie podobać. Bo przestał być natrętną modą.

Jak to się ma do upływającego czasu, com go spostrzegł w poniedziałek? Pojawiłem się – nie mając takiego celu, bo mnie wygnało z zupełnie innych powodów w stronę Janowca nad Wisłą, Mięcimierza i Kazimierza Dolnego – na dziedzińcu jednego z przybytków kultury w Kazimierzu. A tam: przygotowania do koncertu, potem sam koncert. Grali ludzie tak doskonale energetyczni – The Toobes – i z tak porywająco ekspresyjnym uderzeniem, że aż przysiadłem. Jakbym się cofnął w czasie o co najmniej dwie dekady!

Fot. too5

Fot. too7

Świeże, czyste, ostre, drapieżne – Jeńców nie bierzemy! – śpiewali – proste, ale jednocześnie absolutnie profesjonalnie zagrane.

Są z białoruskiego Mińska. Święcą triumfy na Zachodzie, ale bardzo zadomowili się w Polsce. Jeden z nich kandydatkę na żonę znalazł właśnie w Kazimierzu… Mają w sobie tyle mocy, radości i chęci do wykrzyczenia światu, co myślą, że powiedziałem sobie: muszę o nich napisać! I musiałem ich uwiecznić na fotografiach. I bardzo chciałem, żeby byli na nich tacy, jakimi są w rzeczywistości scenicznej – zupełnie rozdygotani, poszarpani, wielowarstwowi, niedookreśleni, żywiołowi. Nie wiem czy się udało…

Fot. too12

Fot. too3

Fot. too6

Fot. too1

TU PACZ! Wracając do przeżyć: patrzyłem i – dziwne uczucie – widziałem swoje dawne marzenia. Że chciałem być właśnie taki. Że stać, grać, bawić się tą grą, robić swoje na scenie i żyć podobnie poza nią. I mieć wolność wymalowaną na kolorowych włosach.

Niesamowity jest zwłaszcza wokalista The Toobes. Niezwykła umiejętność: grać z totalną ekspresją na perkusji,  łamać pałeczki, tłuc w gary z dziką prędkością i jednocześnie śpiewać, mocno, wyraźnie, często w kontrze do rytmu. Otwierałem gębę ze zdziwienia – że on ma siłę, że nie jest mu straszny 30-stopniowy upał, że tak doskonale trzyma kapelę oraz publiczność. Bo tworzyć podobną nawałnicę dźwięków, gdy na scenie stoi zaledwie trzech muzyków, jak kiedyś The Police, to jest sztuka.

Nic dziwnego, że występują jako support przed Metalliką, Franzem Ferdinandem i Deep Purple. Bo są po prostu znakomici. I pozwalają wracać do marzeń sprzed lat. Oni, czyli Staszek Łamakin – perkusista  wokalista zarazem, Kostek „Gustaw” Pyżow – gitara i Staszek Muraszka – basista.

Gdyby grali niedaleko was i gdybyście mieli ochotę odświeżyć umysł, kości oraz marzenia, idźcie na ich koncert. Tu można ich posłuchać i obejrzeć:

Fot. too2

Fot. db7

Fot. db6

Do góry