Lody Pingwin. Ktoś pamięta?

18-08-2013, 09:00
Kategoria: 

Lody Pingwin. Ktoś pamięta?

Każdy ma taki smak w pamięci. Ten jeden, jedyny, niepowtarzalny. Pamiętasz lody z dzieciństwa? Pierwszy alkohol? Pierwszą jazdę rowerem, motocyklem, autem? Swoje najlepsze sushi, placek z wiśniami od babci?

Usłyszałem ostatnio zdanie porażająco prawdziwe.

Wszystko jest nie takie.

Powiedziała je kobieta, która swoim wnukom i dzieciom od lat serwuje ich największe przysmaki: pierogi ruskie, ciasto drożdżowe ze śliwkami, naleśniki, pomidorową. Ser do pierogów przestał mieć smak dawnego sera. Ziemniaki nie tworzą spójnej konsystencji, są płynącą mazią. Czosnek za Chin to jakaś chemiczna zaraza, nie czosnek. Cebula… Co to za cebula, która nie pachnie, po której nie lecą łzy z oczu? Co to za mąka, co to za śliwki, które nie pachną śliwkami, albo pomidory, które nie mają w sobie słońca lecz chemię?

Chciałem wczoraj odnaleźć smak dawnych lodów. Tych, które robiło się na mleku, które były gęste same z siebie, a gdy pachniały truskawkami, to było wiadomo, że truskawki są z prawdziwego pola i mają swój aromat, kolor, są owocem – nie produktem myśli biogenetycznej.

Jest w Poznaniu takie miejsce, reklamujące się na Facebooku jako „wytwórnia lodów tradycyjnych” i od kilku tygodni przyciągające prawdziwe tłumy. Mówią o nim, że już o mało co kultowe. Wszyscy mi radzili: jeśli jedziesz do Poznania i chcesz przypomnieć sobie smak dawnych lodów „Pingwin”, jedź właśnie tam, na Kościelną!

Hmmm… No i byłem, i stałem w długiej kolejce, i zamówiłem sobie śmietankowe lody – podporę wszystkich lodziarni świata – i zjadłem, i… nie podzielam zachwytów.

TU PACZ! Lody z mleka, fakt. Dobre, fakt. Inne niż u Grycana i tych wszystkich „lodomaniach”, inne niż w galeriach handlowych, budkach na deptaku w Ustce, Świnoujściu i Kołobrzegu, ale czy powalające? Czy smakują  jak kiedyś? Nie miałem takiego wrażenia. Może – jak mówiła starsza pani – mleko już nie takie, cukier nie ten, maszyny nie te same… i smaki u ludzi całkiem inne. Co o lodach „Pingwin”, które kupowało się w objazdowym cyrku, może wiedzieć przesympatyczna, młodziuteńka dziewczyna z poznańskiej lodziarni? Nic przecież.

Ja już nie mówię o smaku dawnego apulijskiego wina, które na przestrzeni lat zmieniło się nie do poznania: było swojskie, jest „korporacyjne”, zunifikowane, nijakie. Nie mówię o dawnych krewetkach, małżach czy nawet pizzy, której ciasto miało kiedyś całkiem inny smak. Nie wspominam smaku ryb, bo i one zupełnie inaczej dziś smakują nad Bałtykiem czy Morzem Śródziemnym: i tu, i tam zaczęto je przyrządzać w sposób przemysłowy, z lekką pogardą dla tradycji. Chyba najlepszą rybę w ostatnich latach jadłem w Liepai na Litwie i polskimWładysławowie – rybacy po prostu kładli na ruszt złowione sztuki i podawali je przypieczone przechodniom; każdy solił po swojemu, to wystarczało, żadnych panierek, ulepszaczy, nic. Zwykła ryba z solą. Kropka.

Lody z Poznania zjawiskowe nie są, zjawiskowa jest natomiast kolejka do nich – patrzcie, jaka jest potęga Facebooka! Trzeba odstać kwadrans lub dłużej, ale warto, bo to i tak rodzynek w wielkim cieście-zakalcu wszelkich „przemysłowych” lodziarni. Co nie zmienia faktu, że dawnych czasów nie zdołałem sobie przypomnieć…

Fot. lo2

PS. Poznań odwiedziłem przy okazji Ogólnopolskiego Festiwalu Dobrego Smaku. Smak jest, niesmak też: ki czort podsuwa pomysł, by kulinarnym ekspozycjom towarzyszyły sklepiki oferujące drewniane topory, wisiorki na szyję i inne takie chłam-bibeloty? Jaki to ma sens?  

Poza tym – festiwal średni dość, niemal w każdym miejscu Polski można ostatnio spotkać podobne stoiska: sery, wędliny, chleb, kwas chlebowy, piwo… Ale kiedy wśród win na ogólnopolskim  festiwalu króluje sprzedawca win z Toskanii, który pośród włoskich trunków w najlepsze sprzedaje ludziom – uwaga: zielone Vinho Verde z Portugalii – dostępne w sklepach o połowę taniej niż na festiwalu – to ja mówię: sorry, za ściemę nie płacę, ściemy nie pochwalam. Festiwal bez pomysłu i bez sita jest kiepskim festiwalem. Amen. 

Do góry