Kubdari z neonami

16-08-2013, 09:26
Kategoria: 

Kubdari z neonami

Poszedłem do Muzeum Neonów, a najlepsze chwile spędziłem w gruzińskiej restauracji Gemo, nad niezwykłym plackiem z jagnięciną. Ot, współczesny paradoks: kuchnia dostarcza więcej wrażeń niż chwile spędzane na konsumpcji kultury.

Ale najpierw o muzeum, bo ono było moim głównym celem. Schowane gdzieś w oddali na skraju warszawskiego Soho Factory, schlebiające dość oryginalnym gustom, zadziwiająco sympatyczne. No i darmowe, co także ma swoją wagę. Wewnątrz można odnaleźć nie tylko ślady z przeszłości – starałem się jak mogłem, by je pokazać na fotografiach – ale także kupić wiele niezwykłych gadżetów związanych z neonami.

Czym byłyby kiedyś noce w wielu polskich miastach, gdyby nie neony? Kompletnie ciemną pustynią, martwą i bezduszną. Neon to jest neon. Napis KINO PRAHA albo DWORZEC CENTRALNY znało każde dziecko i każdy dorosły, nie mówiąc o BERLINIE czy AMBASADORZE. Albo o barze BIEDRONKA. A przecież neonów były tysiące, jedyna kolorowa część ulicy!

W latach minionych podupadły jako sztuka, były za drogie w utrzymaniu, stały się obiektem kpin, więc znikały z przestrzeni miast. Teraz grupa entuzjastów neonowych – na czele z Iloną Karwińską – przywraca im dawny blask. A przede wszystkim – chroni przed kompletną ich utratą. W muzealnych zbiorach jest ponad 50 neonów – blisko 500 liter, na terenie budynków Soho Factory można zobaczyć te największe: Warszawa Wschodnia, Jubiler, Dworzec Kolejowy Chodzież, Główna Księgarnia Techniczna, ale też i małe, jak neon z apteki 24H. Tak to wygląda…

Fot. ne5

Fot. ne4

Fot. ne3

Fot. ne2

Fot. ne8

Fot. ne6

Fot. ne7

TU PACZ TERAZ! A gruzińska kuchnia? Nie, nie zapomniałem o niej. O restauracji Gemo było głośno jakiś czas temu, biegła tam połowa Warszawy (nie tylko prawobrzeżna), tłumy przewaliły się, poszły do innych miejsc – obok u Gesslera w Warszawie Wschodniej wielkie tłumy i wielkie ceny – w Gemo niestety (wczoraj) pustki. A szkoda, bo karmią doskonale! Chaczapuri, różne potrawy z serem, świetna jagnięcina, doskonałe desery, no i wino, gruzińskie, trochę za mocno gęste, trochę przesłodzone, inne od włoskich czy francuskich, ale mające od lat swoją klasę.

Spróbowałem kubdari, gruziński placek nadziewany mieloną jagnięciną z przyprawami, który pamiętam z wyjazdu do Tbilisi sprzed dekady. Ten, w Warszawie, był i jest równie doskonały, zjawiskowy. Może sos do niego za bardzo europejski, jakby wzięty od tego samego dostawcy, który karmi nas w fastfoodach, ale to detal, który gdyby zmienić – stawiałby tę potrawę na samych wyżynach stołecznych dań z jagnięciny. Wyborne, proste, tanie.

Jak i melon w polewie miodowej z orzechami, jak i czerwone wino Pirosmani – pasujące do słonecznego popołudnia, spokojne, biegnące w stronę jagód oraz letnich owoców.

No i… dziewczyna z obsługi, kelnerka, Gruzinka, ale także z polskimi korzeniami, umiejętnie zachwalająca każde danie i potrafiąca sporo powiedzieć o gruzińskich specjałach. Szkoda tylko, że mody tak krótko trwają: ten zalew klientów sprzed bodaj roku spokojnie mógłby w to miejsce powrócić, bo ciągle warto!

Aha! Nie zrobiłem zdjęć przez zapomnienie i emocje spowodowane jakością kubdari. Prościutkie, a jakie zajmujące danie… No, ale dzięki temu, że nie skoncentrowałem się na robieniu zdjęć lecz jedzeniu, zjadłem prawdziwie gorące danie. Szok dla blogera: większość z nas je zimne…

Do góry