Jasmine z tramwaju zwanego beznadzieją

25-08-2013, 09:00
Kategoria: 

Jasmine z tramwaju zwanego beznadzieją

Woody Allen w formie z „Zeliga”. Neurotyczna, porywająca Cate Blanchett w roli głównej. Film o beznadziei, dla której jedyną nadzieją jest… pogodzenie się z beznadziejnością własnego położenia.

Jakoś mnie ostatnie śmiesznostki Allena nie bawiły i choć oddawał nam swoje filmy na własność niemal co roku, można było odnieść wrażenia, że ilość nie przechodzi w (dawną) jakość. W przypadku „Blue Jasmine” mamy jednak do czynienia z przypadkiem wybitnym: i za sprawą Allena, i z powodu jego autorskiej, scenariuszowej rozprawy z „Tramwajem zwanym pożądaniem”, i – przede wszystkim chyba – z uwagi na niezwykłą trafność doboru kluczowych aktorów.

To, co gra w „Blue Jasmine” Cate Blanchett przechodzi  skalę wszelkich aktorskich formatów. W zasadzie nie znika z ekranu, przemieszczając się pomiędzy najróżniejszymi fazami swojej neurastenii. Była na szczycie i nagle straciła wszystko: męża-hochsztaplera (Alec Baldwin), wielki dom, futra, luksusy, pieniądze, nawet syna. Jest spłukana, przyjeżdża do domu swojej przyrodniej siostry, którą kiedyś ona i jej mąż wystawili do (finansowego) wiatru.

Jasmine żyje nadzieją na powrót do dawnego dobrobytu, do stanu posiadania czegokolwiek – czyli wszystkiego. Smutki topi w alkoholu, nastrój poprawia tabletkami, co i tak niczego nie zmienia. Jest na dnie. Ale… przecież nie pójdzie pracować do sklepu, nie zostanie pielęgniarką, nie uda jej się nawet skończyć komputerowego kursu, bo – jak mówi siostra – ma dużo lepsze geny. Zasługuje na więcej.

Fot. j_kolaz

Film dzieje się w dwóch płaszczyznach, retrospekcje przeplatają się z bieżącymi wydarzeniami. Widzimy więc sielankę Blanchett i Baldwina, która wcale nie okazuje się sielanką. Widzimy jej puste życie, wypełnione rautami, zakupami i rozmowami z przyjaciółkami. Widzimy mężowskie zdrady i fortunę opartą na jakichś enigmatycznych przekrętach (nawiązania do afery Madoffa wydają się aż nadto otwarte), ale widzimy też świat przetrąconej przez życiowe wydarzenia kobiety. Zagubionej, bezradnej, chwytającej się pierwszej szansy na odmianę, na miłość, nawet za cenę małych oszustw, niedopowiedzeń.

TU PACZ! „Blue Jasmine” jest popisem aktorskim kilku postaci. Na pewno Cate Blanchett, która pokazuje niezwykłą formę. Na pewno Chili (w tej roli doskonały Bobby Cannavale), facet, z którym związała się jej siostra Ginger (tu kapitalna Sally Hawkins). O Baldwinie wspomniałem: jest tu w świetnej kondycji aktorskiej, choć i tak stanowi tło dla swojej filmowej żony.

Ten film trzyma Allen – jego reżyseria, scenariusz, ale i doskonale dobrana muzyka – oraz właśnie ona. Jasmine sama siebie skazuje na porażkę, a kiedy szuka ratunku u siostry i przypadkowym raucie, wyłazi z niej kompletny brak przygotowania do rzeczywistości. Bez męża, jego zaradności, pieniędzy, pracy (nawet, jeśli okazuje się geszefciarzem) jest całkowicie zagubiona. Żyje w świecie wewnętrznych dialogów, wspomnień, gada do siebie i słucha siebie, nie potrafi się wyrwać – tamta Ameryka, która dała jej luksus, już nie istnieje, a do nowej nie potrafi się dostosować.

Fot. j8

Cate Blachett robi w tym filmie z widzem co chce. Denerwuje, rozbawia, wodzi za nos, podkręca emocje, złości, uwodzi, budzi współczucie, gniew. Potrafi w jednej scenie przejść z poziomu egzaltowanej pani z dobrego domu do formatu abnegatki, która prędzej umrze na ławce niż znajdzie rozwiązanie dla najprostszych problemów. No i potrafi być ujmująco piękna i beznadziejnie brzydka, szara i kwitnąca, bez makijażu i bez fryzury – by za chwilę błyszczeć na salonach…

Świetny film.

Tak, proszę Państwa, Woody Allen – 78 lat – wrócił nim do swoich najlepszych czasów. Jest intrygujący, porywający, wymusza myślenie, nie pozwala wyjść z kina ze wzruszeniem ramion.

Kiedy będę miał 78 lat, chcę być jak Woody Allen: tak samo aktywny. I kreatywny. I szyderczy.

Do góry