Uciekając od tłumów, słuchając pomruku wulkanu…

22-07-2013, 09:00
Kategoria: 

Uciekając od tłumów, słuchając pomruku wulkanu…

Nie ma chyba miejsca w Europie, które byłoby wolne od pospolitego kiczu. Ale chyba nie ma też miejsca, w którym nie dałoby się znaleźć coś naprawdę godnego uwagi. Najlepiej w myśl zasady: im dalej od tłumów, tym ciekawiej.

Fot. tori2

Na wyniosłych klifach Santorini łatwiej potknąć się o turystę niż o kamień. Nie ma więc sensu pisać o zakamarkach Oi czy Thiry, ponieważ wszystkie zostały już doszczętnie przegrzebane, opisane, zmaltretowane fotografiami takimi jak ta:

Fot. tori4

One wyłącznie służą potwierdzeniu: byłem, widziałem, mam to w telefonie, mogę ci pokazać jak jest pięknie. Bo jest! Ale Santorini, które warto jest odkryć, czai się w centrum wyspy i na południowo-zachodnich wybrzeżach. Nie ma tam tłoku turystów, a jeśli są, wypatruje się ich z radością, bo w ślad za nimi płyną setki euro. Już nie tysiące, już nie ma takiego zalewu, Europa oszczędza, Europa bawi się, ale podróżuje inaczej. Bezkosztowo. Tak jak nasi turyści: all inclusive. Hotel daje wikt i opierunek, plażę i słońce w pakiecie, plus drink, plus dyskoteka i pan od działalności kulturalnej. I wystarczy, już nie tylko Polakom…

Nigdy nie byłem na takiej wycieczce… Wszystkie wyprawy, także tę, organizuję samodzielnie.

Na Santorini warto zejść/zjechać z utartych szlaków. Dotrzeć choćby do Eksomitis, poszukać po drodze lokalnych odmian czarnego i gęstego wina, które miejscowi przygotowują częściej z myślą o sobie niż turystach (polecam – nie ja jeden – Chatzidakis z maleńkiej wsi Pirgos), warto znaleźć drogę na czarną plażę w Perissie lub Perivolos, albo jeszcze lepiej dotrzeć do plaży Vlichada – niemal całkowicie pustą, mimo pełni lata. Morze Egejskie, cisza, swoboda, zero krzyku. I żadnych zdjęć, żadnych zbędnych czynności: książka, słońce (ja wolę cień!), kontemplacja.

Tego mi było trzeba…

Santorini to wyspa wulkaniczna. W XV wieku p.n.e lokalny wulkan wybuchł i zapadł się pod wodę, pozostawiając skrawki dzikiego lądu, niszcząc minojską cywilizację i zastrzegając: ja tu jeszcze wrócę! I to się słyszy, a w zasadzie czuje… Kiedy siedząc wieczorową porą słyszysz wyjące osły, szczekające psy, widzisz uciekające do dziur koty, podenerwowane kozy, znaczy – za chwilę wulkan coś powie. I mówi. Mruczy, drży, postękuje. Uspokaja się potem – do następnego razu, do kolejnego zgłoszenia: jestem, czuwam, kiedyś do was wrócę…

Fot. tori3

Stałych mieszkańców jest tu raptem 14-15 tysięcy, a ci, którzy są, mówią, że to ich raj na ziemi. Wydzierają wulkanowi każdy skrawek urodzajnej ziemi, budują domy na klifie, żeby choć przez moment czuć powiem bryzy, bo temperatura w centrum wyspy, nie podparta wiatrem, potrafi być zabójcza. Trzeba zjechać krętymi ścieżkami nad samo morze, albo – jeszcze bardziej krętym szlakiem – wspiąć się na wzgórza dawnego miasta Akrotiri, miejscowych Pompei. Archeolodzy zdarli tu 40 metrów wulkanicznego pyły, gruzu i szlamu, odkrywając  niezwykłe miasto, liczące przez tysiącami lat około 30 tysięcy mieszkańców. Oni, w odróżnieniu od pompejańczyków, musieli chyba przewidzieć nadchodzący wybuch wulkanu, bo w mieście nie znaleziono żadnych ludzkich szczątków – wszyscy zdołali uciec przed kataklizmem.

Od południowej strony (ładny widok mają zwłaszcza ci, którzy podglądają jak lądują z całego świata samoloty – każde podejście jest emocjonujące) szokuje wysokość klifów i wygląd wulkanicznych skał… One mnie tu fascynują najbardziej!

Fot. tori5

Popołudniową porą znów jednak wracam do takiej oto nory… ;-) Że też nie da się budować hoteli i pensjonatów bez tych delfinków, niebieskich światełek i kafelków…

Fot. tori1

Do góry