Rothko? Dobry na upał!

05-07-2013, 09:00
Kategoria: 

Rothko? Dobry na upał!

Gorączka taka, że można zwariować. Kto zarządza tą pogodą, kto ustala te harmonogramy grzania, ziębienia i podlewania? Czy nie można by po ludzku, umiarkowanie, wrzucić na stałe, na cały rok, tak ze 22-24 stopnie – i mieć luz? Uciekając przed skwarem ochłodę znalazłem w miejscu nietypowym. W muzeum.

Poszedłem na wystawę z waszyngtońskiej National Gallery of Art., która zamyka 150-lecie Muzeum Narodowego w Warszawie. Ekspozycja dzieł Marka Rothko jest niezwykła, choć kiedy wczytałem się w jego biografię, odniosłem wrażenie, że samo życie twórcy może być równie ekscytujące co jego dzieła.

Mark Rothko – właściwie Marcus Rothkowicz – urodził się w Dźwińsku w Rosji (obecnie Łotwa), w roku 1913 wyemigrował do USA, studiował w Yale, a następnie osiedlił się w Nowym Jorku. Był jednym z ojców-założycieli tzw. szkoły nowojorskiej, zasłynął z malarstwa wielkoformatowego, abstrakcji, które czasami określano mianem „sztuki półkoloru”. Na stołach i na ścianach muzeum umieszczono nie tylko biografię malarza, ale także bliskie mu przedmioty: płyty, książki, podręczniki, jego wiersze, szkice, zdjęcia, legitymacje. To tam można poczytać o przeszłości artysty, złapać wiatr epok, w których żył i od których uciekł – w samobójczą śmierć… Wszystko pokazane w półtonach, w szarościach, w półkolorach…

I taka też jest ta wystawa. Wszystko schowane za podwójną gardą, nic nie krzyczy barwą, nic nie wali po oczach. Ale kiedy siedzisz przed obrazem, który w pierwszej chwili wydał ci się całkiem czarny, z niejasnymi grafitowo-szarymi przebłyskami, tu zmatowiony, tam błyszczący, to wyobraźnia podpowiada ci tyle ukrytych znaczeń, tyle machnięć pędzla układa się w nierzeczywistą całość, że myślisz – może coś jest pod spodem? Może ten ruch pędzla z lewej to zarys postaci, a ta ciemniejsza plama obok to ulica? A może jeszcze inaczej? Coś innego? Twarz? Zwierzę? Przedmiot?

I ciągle jesteś przed jedną wielką czarną plamą…

Ale mówiąc otwarcie, nie chciałem napisać dzisiejszego postu o ekspozycji Rothko, bo bardziej mnie zafascynowały dwie niespodziewane dość obserwacje. Po pierwsze: ogrom ludzi. Serio. Pora dziwna, południowa, niewiele wycieczek, a w Muzeum Narodowym pełno gości! Ważne, że przyciąga ich nie tylko sława nowojorskiego mistrza – to schodzi gdzieś na bok, jest formą haczyka. Bo ci ludzie wszyscy – i to moja obserwacja numer dwa – lgną do dzieł starych, polskich mistrzów. Na Marku Rothko młodzi, w salach z tradycyjnym malarstwem – wielopokoleniowość. Tata z synem, starsze panie, małolaty i studenci, ci się całują, ci robią zdjęcia, tamci siedzą i wgapiają w obraz. Nie na piwie, nie na pizzy – w muzeum! W samo południe!

Jakie to było? Budujące. Przede wszystkim – budujące!

I… wkurzające zarazem, bo gdy chciałem zrobić zdjęcia muzealnych przestrzeni (zawsze mnie fascynowała ta cisza i przestrzeń!), trzeba się było nachodzić, by znaleźć całkowicie pustą salę.

Muzea są dobre na upały, ale także dla przypomnienia prawd oczywistych i zapomnianych. „Bitwa pod Grunwaldem” po renowacji wygląda FANTASTYCZNIE!!! Odświeżanie dzieła Matejki trwało prawie dwa lata, obraz wisi od jesieni minionego roku, ale jak powiedziała mi pilnująca go pani: zaczyna dostawać dawnej patyny, staje się jeszcze piękniejszy! Jest lżejszy, waży teraz około 290 kilogramów (przedtem ponad pół tony!), dzięki pieniądzom PKO BP i 2,5 tysiącom skalpeli, które zużyto przy renowacji, możemy podziwiać dzieło absolutnie wyjątkowe. Każdy detal gra teraz taką rolę, jakiej nie grał od lat: jest fenomenalnie wyeksponowany, krystalicznie czysty.

Tym oto sposobem połączyłem żydowskiego abstrakcjonistę z polskim batalistą. Przednia wyprawa, naprawdę świetny sposób na spędzenie dwóch godzin w przyjemnych wnętrzach, z dala od zgiełku ulicy i lejącego się na nią żaru.

Kilka reminiscencji fotograficznych… Chciałem oddać nastrój obu ekspozycji…

Fot. Rothko10

Fot. Rothko1

Fot. Rothko7

Fot. Mu2

Fot. Mu3

Fot. Mu5

Fot. Mu6

Do góry