Potwory, model 5

14-07-2013, 09:00
Kategoria: 

Potwory, model 5

Nie pamiętam już, ile lat temu byłem ostatnio na filmie z potworami i transformersami… Sto, dwieście? W każdym razie dawno. I wczoraj na powrót postanowiłem obudzić w sobie wewnętrzne dziecko. Obejrzałem „Pacific Rim”.

To jest takie kino, które zawsze ma szansę powodzenia, bo robione jest z wielkim rozmachem i dedykowane bardzo szerokiej, młodej publiczności. Co prawda o szerokości tej widowni mogę  powiedzieć (kontynuując mój cykl narzekania na kiniarzy) tylko tyle, że na popołudniowym spektaklu w Multikinie znów było może pięciu widzów (sobota! lato!), ale umówmy się, iż to nie jest nasz problem… W każdym razie spędziłem ponad dwie godziny na efektownej, trzymającej w napięciu, pustej rozrywce.

Gatunek sci-fi nigdy nie był moim ulubionym gatunkiem w kinie, a katastroficzne wizje przyszłości ze światem, który niszczą wyłaniające się z dna Oceanu Spokojnego potwory, nie poruszają mnie w ogóle. Nie dlatego, że nie mam wiary w monstrum, problem jest inny – ludzie nie potrzebują potworów, by zniszczyć Ziemię. Robią to doskonale sami.

„Pacific Rim” to opowieść o ciężkiej (i zwycięskiej) wojnie człowieka z nadchodzą spod wody zagładą. Jej symbolem są Kaiju, monstra schowane przez wieki pod dnem Pacyfiku, które nie wiedzieć czemu (ale to się wyjaśni…) wyłażą przez dziurę zwaną Wyłomem i sieją postrach na całym świecie. Niszczą, depczą, plują kwaśnym jadem, generalnie – nie lubimy ich. Tak samo, jak polityków, którzy każą odgrodzić suchy ląd od mokrego oceanu wysokim i trwałym murem, żeby ograniczyć potworom zdolności do spacerowania. One niestety, nic sobie z muru nie robią… A tak wyglądają, mniej więcej:

Fot. pac4

Ludzkość – jak to ona – w trudnych chwilach potrafi się zjednoczyć i wspólnie wymyśla oraz finansuje budowę wielkich zabijackich maszyn, nazywanych z niemiecka Jaeger. Myśliwy, Łowca. I te jegry napędzane są siłą mózgów, rąk i nóg dwóch ludzi, którzy łączą się przy pomocy technologii neurosplotów w jedną całość, z sobą i z maszyną jednocześnie. Musi być dwóch, lub dwoje, bo jeden mózg wystarczał dotychczas na wojnę z Kaiju model 1, ale gdy poznajemy naszych bohaterów, po stronie potworzastych są już Kaiju 4, zastąpione wkrótce przez Kaiju 5, więc i ludzie muszą podwoić swoją energię. Można się też domyślać, że Kaiju 6 śpią jeszcze pod dnem Pacyfiku i wyjdą w „Pacific Rim-2”... A dzielne jegry dadzą im odpór:

Fot. pac2

Nie ma tu co oceniać gry aktorów i reżyserii, bo film jest po amerykańsku sprawny, dynamiczny i przepełniony rozmachem, a przede wszystkim – cyfrowy. To jedna z tych bajek, w których trudno już rozpoznać, co jest rzeczywistością, a co fikcją stworzoną w wyobraźni twórców i przetworzoną przez procesory komputerów. Mnie w pamięci utkwiła charakterystyczna rola Rona Perlmana, wyposażonego w komplet metalowych zębów, złote pobrzękujące buty i wytworny garnitur – rola epizodyczna, postać dość obrzydliwa, ale za to zagrana świetnie!

Guillermo Del Toro nakręcił ten film wyłącznie w jednym celu: to ma być totalny blockbuster. Ma się sprzedawać, zwrócić (bo kosztował ponad 150 milionów dolców) i zarobić na nowe dzieła. To trochę jak kreskówka lub komiks z żywymi aktorami – dzieje się bardzo dużo, głównie w obszarze wrestlingu z udziałem Kaiju i Jaegerów, efekty walk są porywające, fabuła przewidywalna, konflikty między postaciami (ileż można walczyć z potworami, trzeba trochę między sobą) dość słabo zarysowane. Ale są, wszystko tu jest, nawet zalążek uczucia mężczyzny oraz kobiety, i nawet malutka dziewczynka, gdyby ktoś lubił się w kinie powzruszać.

Pięciu widzów (sami faceci), którzy wraz ze mną obejrzeli „Pacific Rim” nie narzekało wprawdzie, ale zbyt mocno twórcom i kiniarzom zarobić nie dało. Może gdyby w roli potworów obsadzić Karolaka, Szyca i Adamczyka, coś by się zadziało…? 

Zwiastunik filmu:

Do góry