Polska z perspektywy

25-07-2013, 09:00
Kategoria: 

Polska z perspektywy

Powinniśmy mieć obowiązkową kwarantannę od samych siebie. Uciec z Polski nie na dwa tygodnie wczasów w Hurghadzie, lecz na rok. Daleko. Odciąć się od polskiej gęby, naszych frustracji, lęków. Spojrzeć z odległości, zapomnieć część własnych przyzwyczajeń i nabrać nowych.

Polska widziana z perspektywy przypomina instalację Petera Landa z tytułowej fotografii. Wprawdzie nosi ona tytuł „Absolutna doskonałość”, co jest mocne niespójne z naszą oceną polskiego grajdołka, ale poprzez ukazanie dwóch twarzy – zespolonych dość niechlujnie w jedną całość – świetnie oddaje nasz status. Jesteśmy idealni, ale niespójni. Potrafimy przenosić góry, ale umiemy to robić na hurra, tylko zrywami. Jesteśmy ponurakami, ale odrobina alkoholu wystarcza, byśmy potrafili bawić się i cieszyć życiem do białego rana.

Thira latem jest tyglem, w którym mieszają się przeróżne nacje. Pedantyczni Japończycy, którzy ustawiają cały plan dnia według mało wakacyjnej reguły „just-in-time” i zawsze są w odpowiednim miejscu i czasie, który został wcześniej dokładnie ustalony i omówiony. Hałaśliwi Brytole, którzy wszędzie szukają okazji do draki, zabawy, za nic mając sąsiedztwo – i nie mając przy tym żadnych kompleksów, jak to kolonizatorzy. Amerykanie ze swoją wymalowaną na twarzach dominacją. Niemcy składający się na jeden grupowy obiad, precyzyjnie odliczając każdego euro centa i czekając na rachunek, w którym trzeba sprawdzić każdą zamówioną pozycję. Rosjanie – tu pokorni, przemili, spokojni, nie rzucający się w oczy. Hiszpanie, którzy mają wrodzony luz. Niecierpliwi Włosi.

Nam te wszystkie przymioty i wszystkie cechy innych nacji są potrzebne, by się w nich przejrzeć jak w lustrze. Sprawdzić, co można wziąć od Niemca, od Koreańczyka, od Anglika i Amerykanina. Nam jest potrzebny taki prosty wgląd w samych siebie, sprawdzający naszą jakość, nasz sposób życia, zdobywania swojej przyszłości. Japończyk z pokoju obok przez siedem lat jeździł badać rynek w krajach dawnego ZSRR (Tadżykistan, Uzbekistan, Kazachstan), aż zdecydował się tam zainwestować. I pyta: ile potrzebujecie czasu, by tam wejść? Ja mówię – miesiąc. On – my byśmy nigdy się nie odważyli. Ja – a co nam szkodzi? On – to nie leży w naszej naturze. Ja – w naszej leży właśnie to. Żeby na wariata, na łapu-capu.

Powinniśmy złapać dystans. Mój kolega dawno temu wyjechał do Australii: chciał tylko zrobić MBA i wrócić do kraju, by tu wzmocnić swoją pozycję zawodową. Od 14 lat nie wraca, jest brokerem, handluje metalami kolorowymi. I mówi mi, że nie robi interesów z krajanami. Że cieszy się z odłożenia na bok swojej ułańskiej fantazji i swojego „jakoś-to-będzie”. Że nauczył się od innych nacji wczesnego wstawania, dobrej zabawy, oddzielania pracy od życia domowego, umiejętności rozmawiania, otwartości, liczenia pieniędzy, planowania, poszukiwania wrażeń i budowania kontaktów. Żadna nauka, którą posiadł tutaj, nie okazała się przydatna.

– Jeśli coś zawdzięczam Polsce – pisał do mnie –  to chyba tylko podstawową edukację. Ja wiedziałem, gdzie jest Zanzibar i kim był Juliusz Cezar, dla moich kolegów Australijczyków świat kończył się na Australii i Oceanii, dla mojej dziewczyny ze Stanów, USA były tak wielkie, jak kula ziemska, nic więcej się nie liczyło, niczego więcej nie znała, nie słyszała.

Tak, warto wyskoczyć z własnych butów. Zapomnieć wszystko, co jest ważne tu. Przestać myśleć kategoriami posła Kłopotka – wszedłem na polskie portale i widzę, czym wczoraj w kraju żyliśmy – przestać dopasowywać na siłę dwie połówki twarzy i tworzyć z niej jedną doskonałą. Umieć racjonalnie oceniać samych siebie, własne dokonania i plany. Mieć siłę, by się zmieniać. Budować na nowo.

Tak, powinniśmy obowiązkowo robić sobie kwarantannę od polskości.

Do góry