Jestem stara, jestem stary…

15-07-2013, 09:00
Kategoria: 

Jestem stara, jestem stary…

Do podjęcia tego tematu skłonił mnie list Zochy, czytelniczki „Wysokich Obcasów”, która opisała swój dziwny stan. Jaka jest dziś data graniczna pomiędzy „starością” i „młodością”? Ile trzeba mieć, by powiedzieli o tobie – jesteś stary, jesteś stara? Na ile trzeba wyglądać, żeby mówili: młody jeszcze…?

List Zochy publikuję niemal w całości:

Mam 50 lat i uważam się za osobę liberalną i otwartą. Niemniej zastanawiam się, co bym poczuła, gdyby ktoś mnie sklasyfikował jako „starą/starszą kobietę”. Czuję się zawieszona w czasie. Nie jest to małpowanie młodszych kobiet w ich zachowaniach i sposobie ubierania się. Noszę dżinsy i podkoszulki. Nie jest to celowa stylizacją. Właściwie jest mi wszystko jedno jak wyglądam.

Gdyby sprzedawali czapki niewidki, byłabym pierwszą klientką. W tym sensie jestem stara. Nie zależy mi już na spojrzeniach mężczyzn. Nareszcie postrzegam ich jako ludzi. Nie muszę mizdrzyć się i starać. Zresztą takie podziały na młodych i starych są typowe dla Polski. Niedawno wróciłam do kraju po 20 latach na Wyspach Brytyjskich. Tam nie zastanawiałam się zbytnio, ile mam lat i co mi uchodzi, a co nie. Chodziłam z koleżankami do pubów i klubów, gdzie mieszane wiekowo towarzystwo bawiło się równo, a panie po pięćdziesiątce tańczyły w miniówach na barach.

Od kiedy wróciłam, co krok ktoś mi przypomina o moim wieku. Na jogę mogę się zapisać, a jakże – jest grupa dla seniorów. Wszystkie stare znajome siedzą w domach z wnusiami i chętnie porozmawiałyby ze mną, ale... nie ma o czym. (...) W moim biurze część koleżanek upiera się, by mówić do mnie „pani”. Te młode kobiety wciąż rozmawiają o przepisach, komuniach i remontach. To takie... starcze i banalne. Nie chodzę z nimi na herbatę, bo nudzę się śmiertelnie.

Odnajdujesz w tym liście siebie? Nie musisz, wiem. Nie trzeba też.

Niezależnie od wieku – zawsze jesteśmy od kogoś starsi, od kogoś młodsi. Mój pierwszy szef (ja – tuż po studiach) miał 36 lat, krawat, ciasny garnitur, szyja wylewała mu się zza kołnierza koszuli, był spocony, mówił jakimś staroświeckim językiem: szanowny panie, ależ proszę... Wydawał mi się OKROPNIE STARY. Nigdy w życiu! – mówiłem sobie – nigdy w życiu nie będę tak wyglądał w wieku 36 lat! Przyjechałem do domu po pierwszym dniu pracy i opowiadałem wszystkim, że mam starego szefa. Że może nie jest najgorszy, ale szkoda, że taki dziadek z niego.

Potem się nawet zaprzyjaźniliśmy, grubość szyi i nadpotliwość okazały się wynikiem chorób, a on sam – całkiem sympatycznym gościem. Ale do końca naszej współpracy wiedziałem, że jest stary, dużo starszy ode mnie.

Teraz jestem w dziwnej roli… Tak jak Zocha, dżinsy i podkoszulki, luz, normalność, mentalność i ruchy małolata – i mam wrażenie, że jestem jednym z nich, dwudziestoparolatkiem właśnie. I że nie jestem ani stary, ani młody, jestem przejściowy. Bo zawsze jesteśmy przejściowi.

Ale z drugiej strony… Nawet czując się mentalnie młodym, nawet mając świetne relacje z młodymi – widzę, coraz mocniej, tę granicę dojrzałości, która nas dzieli. Różnica w cierpliwości, spokoju, dystansie do świata. A często też w pracowitości, kreatywności, umiejętności energicznego działania, chęci do życia pełną gębą. Wielu z nich tego nie umie… Nie chce im się… Nie czują potrzeby, nie mają głodu…

A nam się chce, zawsze. Żeby to trwało długo, jak najdłużej. Ta nasza młodość...

Do góry