Jak często robisz zdjęcia swojej zupie?

27-07-2013, 09:00
Kategoria: 

Jak często robisz zdjęcia swojej zupie?

Byłem wczoraj na lemoniadzie w warszawskiej restauracji Burger Kitchen przy ulicy o pięknej nazwie Widok. Ale nie o jedzeniu czy piciu chcę napisać. Raczej – o rytuale.

Wchodzą młodzi, zamawiają shroom burgera, wchodzą starsi – zamawiają sałatę z kozim serem i pieczonymi buraczkami, wchodzi ktoś jeszcze, na kawę, i co robią wszyscy? Wyciągają telefony, robią zdjęcia, wysyłają. Sześcioro weszło, sześcioro zrobiło fotki i posłało w świat. Na fejsa, na blog, na instagram.

Jedzenie stało się pretekstem, a nie źródłem energii. Zamawiamy meksykańskie tacos – i czujemy się jak w podróży do obcych krajów, a w podróży zawsze przecież robimy zdjęcia. Jemy pierożki, ale nie takie zwykłe, ruskie, nie – są to pierożki łemkowskie, na żytniej mące. I choć pierogarnia jest w centrum Warszawy, Wrocławia lub Poznania, czujemy się jak na Ukrainie. I bach: fotka.

Dzielimy się wrażeniami. Jedzeniem. Układem na talerzu. Wzorkiem na kawowej piance w filiżance. Listkiem bazylii na powierzchni pomidorówki. Pokazujemy już nie tylko wykwintność, bo ona w wielu restauracjach stała się normą, pokazujemy WSZYSTKO. Jedzenie stało się towarem na pokaz.

Patrząc szerzej: wielki boom restauracyjny, z którym mamy do czynienia od kilku lat, pcha nas w stronę świadomego odżywiania. I z tego trzeba się cieszyć. Zabawa smartfonami, robienie zdjęć potrawom i napojom to część tego rytuału, a miejsca, w których mu się oddajemy, podkreślają naszą osobowość, status, czasem mają nobilitować, czasem budzić zazdrość, czasami są tylko zwykłym dokumentem – tu byłem, to jadłem!

To nowa świecka tradycja: być tam, gdzie być trzeba i zrobić zdjęcie, żeby wszyscy znajomi widzieli i wiedzieli. Nie ma w tym nic złego, to nowa forma rozmowy – zamiast słów posługujemy się obrazkami. Prawdziwe emocje zastępujemy gastronomicznym ersatzem.

Ale z drugiej strony, ludzie tacy jak twórca Burger Kitchen, młody i kompletnie zwariowany na punkcie gotowania pasjonat Tomek Woźniak, przekonują, że to nie moda i nie rytuał, lecz integralna część posiłku. Już nam nie wystarcza, by się najeść – chcemy przeżywać każdy posiłek i dzielić się przeżyciami, które się z nim wiążą. Już nie konsumujemy, bo trzeba coś wrzucić do żołądka. Teraz jemy, żeby czuć zwielokrotnioną radość: przed wyjściem do restauracji, w czasie oczekiwania w oryginalnych wnętrzach, podczas delektowania się pierwszym widokiem, w trakcie jedzenia i  w czasie dzielenia się z przyjaciółmi i bliskimi naszą radością z biesiady. W każdym z tych momentów czają się emocje.

U Tomka w Burger Kitchen wszystko jest podporządkowane właśnie tej idei. Sam gospodarz dba o klimat, staje przy garach, podaje, kroi, zagląda do gości, podpowiada, częstuje. Lemoniadę mają pyszną – przepraszam, ale nie zrobiłem zdjęcia, bo to zwykła lemoniada była, z lodem, o cytrynowym smaku, w zwykłej szklanicy. Większe wrażenie zrobiła na mnie prostota wnętrz, modny minimalizm i urokliwa obsługa. Ale to już zupełnie inny temat.

Fot. Bk1

Fot. Bk 2

bk4

Do góry