Frances Ha

26-07-2013, 09:00
Kategoria: 

Frances Ha

Niezależny, czarno-biały, zabawny, gorzki. To chichot losu: wrócić z urlopowego raju do codzienności i od razu trafić na amerykański-francuski film zupełnie nie z tego świata…

„Frances Ha”. Amerykański, a jednak zupełnie „francuski”, trochę w duchu i stylu Woody Allena, trochę nowofalowy, jakby żywcem wzięty z lat sześćdziesiątych. Film, o którym krytycy mogliby powiedzieć – pokoleniowy. Film o wchodzących w dorosłość  młodych ludziach, którzy pokończyli niezłe studia i... nie bardzo wiedzą  co z sobą (i z życiem) zrobić.

Zbyt niedojrzali na poważne związki, które rozwijać się będą liniowo – miłość, ciąża, dziecko, dom, rodzina. Frances ma 27 lat – to już starość – ocenia kolega – ma serdeczną przyjaciółkę, Sophie, którą kocha bardziej od partnera. Jesteśmy jak lesbijki, które już nie uprawiają seksu – dziewczyny śmieją się z takiej oceny, lesbijkami nie są na pewno. Z drugiej jednak strony związki z mężczyznami wydają się puste i pozbawione szczerości.

W rezultacie do Frances przylgnie przydomek: nierandkowalna. Sophie za chwilę zdradzi przyjaciółkę, wyjedzie z Patchem do Japonii, zaręczy się, odejdzie. Frances nie stać już na samodzielne wynajmowanie mieszkania, traci też pracę, statystuje w zespole tanecznym, nie jej jednak przypadają główne role. Nie ma dla ciebie miejsca w świątecznym programie, przykro mi – usłyszy od podziwianej szefowej.

TU PACZ! Ile razy słyszeliście takie zdania? Sorry, pański projekt jest rewelacyjny, ale wybraliśmy kogoś innego… Sorry, są młodsi… Sorry, nie teraz… Nie ma miejsca, nie ma budżetu, zdzwonimy się…

Sympatyczna, narwana, urocza Frances nie wydaje  się szczególnie załamana, żyje z dnia na dzień, w myśl zasady, że jakoś to będzie. I... jakoś  jest, Frances tańczy i  skacze na ulicy, wciąż jest małą zagubioną dziewczynką, znajduje kąt u kolegów, woli przyjaźń od miłości, trwa w wiecznym zawieszeniu. Czasem robi wrażenie „naćpanej”, dużo gada, bywa, że mocno  bez sensu, podejmuje spontaniczne decyzje, szuka dla siebie miejsca, nie ma w tym jednak desperacji i konsekwencji. W sumie – imponująca postawa stoika. Kiedy nie wiesz co masz zrobić – po prostu żyj. Jak wielu ludzi na greckich wyspach, utrzymujących się z powietrza, wody i słońca. I cieszących się życiem.

Fot. Frances

Bohaterowie tego filmu widzą, że  spokój jest lepszy od wyścigu szczurów. Wiedzą że pomysły na życie i tak życie zweryfikuje. Nie będzie zbawiania świata, układanki według wzoru jaki układali rodzice. Bez zobowiązań, wygodnie, co nie znaczy – beztrosko. Zawody i rozczarowania los podzieli równo, dostanie się przykładnym i dostanie się hipsterom.

W swoim czasie krytyczka Anna Serdiukow zarzuciła twórcom filmu, że pokazują kobietę jako nieudacznika. Nie ma mojej zgody na taką analizę! Męscy współlokatorzy Frances przędą lepiej chyba tylko dlatego, że mają ustawionych rodziców, którzy wspierają ich finansowo!

Baumbach zrobił film kobiecy, Greta Gerwig (sama: Frances) w roli współscenarzystki niewątpliwie przyłożyła do tego rękę i w efekcie mamy film o pokoleniu pogubionych, ambitnych bez przesady, mądrzejszych o doświadczenie poprzedników sprzed dekady, którzy zdobywali świat w korporacjach, a korporacje zdobywały ich dusze. Roztrzepana, nieogarnięta Frances Ha w końcu chyba jednak ustabilizuje się życiowo, prawo do błędu i obowiązkowego rozczarowania przysługuje tu każdemu (patrz Sophie i jej wybory).

PS. Mnóstwo jest Francji w tym małym filmie – francuska jest sama Frances, francuska muzyka i francuski jest Paryż, do którego spontanicznie, bez grosza przy duszy wybiera się bohaterka. Jakieś pieniądze chyba jednak ma, lot z New Yorku do Paryża kosztuje, nic natomiast nie kosztuje mieszkanie, darmowa meta w centrum stolicy Francji trafia się Frances jak ślepej kurze ziarno; ot taki splot okoliczności, ktoś komuś coś powiedział o wolnej garsonierze. Co z tego, skoro jeden dzień w Paryżu Frances przesypia, a drugi przespaceruje licząc na spotkanie z koleżanką. Ta odzywa się dopiero kiedy Frances siedzi w taksówce z lotniska do domu. Domu, którego przecież właściwie nie ma.

Mocno to wszystko idealne, amerykańskie realia jakby przyjaźniejsze i ciekawsze od polskiej rzeczywistości bezrobotnych młodych zdolnych. Z drugiej  strony – to tylko film… Kwintesencja tego, co niezależna amerykańska kinematografia chce nam powiedzieć - zabawnie, nie efekciarsko, z sensownym przesłaniem. Tak też można robić filmy. I można je z przyjemnością oglądać.

Zwiastun:

Do góry