Czaj o’clock

10-07-2013, 09:00
Kategoria: 

Czaj o’clock

Wczorajszej nocy zrobiłem sobie herbacianą ucztę. Podniosłem oczy nie jak zawsze – kawą, lecz zaparzoną według najlepszych reguł herbatą. A właściwie – kilkoma rodzajami herbaty. Jak to działa! Aż miło było żyć!

Oczywiście, że podstawą jest woda! Bez dwóch zdań! Najlepszą herbatę można ciągle wypić w małych miasteczkach i na wsiach, u naszych babć, mam lub teściowych, gdzie wodociągi działają – nie wiem? – w mniej przemysłowej skali i gdzie woda bywa kosmicznie dobra. Znam takich, którzy po źródlaną wodę do picia ciągle jeżdżą kilka kilometrów, codziennie; większość jednak, jak i ja, zadowala się jeśli nie kranówką, to mineralną.

Usłyszałem, że trzeba użyć wody nisko zmineralizowanej i tak też zrobiłem. Zielona została zalana wodą o temperaturze około 60 stopni, czarna, mocna – białym wrzątkiem, czyli gotującą się wodą, w której kotłuje się wszystko to, co najlepsze do zaparzania tęgiego czaju.

Fot. Her_kolaz

Słowo czaj nieprzypadkowo się tu pojawia, bo gdy popijałem mocny napar przypomniały mi się dalekie syberyjskie epizody, gdzie herbatę podawano hektolitrami. Diewuszka – mówiło się do starowinki, która mnie gościła. – Czaj u tiebia jest? A jest – odpowiadała zawsze tak samo. A kriepkij? – to pytanie nie miało żadnego sensu, bo odpowiedź zawsze była jednakowa. Nu, da, kriepkij, daże sjerdce możet słomat’!

Herbata, która łamała serca, w istocie była kupowaną w workach na targu w Irkucku zieloną Ulung, doprawioną lokalnymi ziołami, a często też połamanym suszem dzikich traw, które dawały jej przedziwny, lekko cytrynowy-żurawinowy aromat i miały wpływ na moc. Piło się taką mieszankę całymi wieczorami, bo co tam można było robić – albo wódka z orzeszków cedrowych, albo czaj. I tak jak spirt kopał mocno i powalał, tak czaj pozwalał się podnieść. Wódka z orzeszków, orzeszki na przekąskę, czaj – oto zestaw wspólnoty Rosjanina, Buriata i Polaka z tamtych stron, sprzed lat.

Ten sam klimat, tyle że z dużo bardziej wykwintną herbatą, odkryłem dużo później w domach Tadżyków i Kazachów. Tamtejszy czaj był już jednak mocniej związany z celebrą: gospodarze alkoholu nie pili, więc służył im za towarzystwo w długich wieczorach. Podobno można było dzięki tej herbacie wstąpić w stan nirwany, ale mnie jakoś nie było dane. Coś jednak w sile herbacianych liści jest, że mają moc podnoszenia człowieczych głów nawet w najcięższych stanach zmęczenia. Doświadczyłem tego wczorajszej nocy…

Mnie postawiły do pionu dwie herbaty ze sklepu Five o’clock, który odkryłem – jak wiele podobnych marek – po wcześniejszym stukrotnym mijaniu go bez żadnej refleksji. Aż tu nagle – olśnienie! Jaka piękna przestrzeń, jak starannie zaaranżowana, jak wysmakowana! W takich sklepach kupowanie jest przyjemnością. Nawet, jeśli czułem się jak dyletant, bo na herbatach znam się słabo, dużo lepiej z kawą, to i tak skala mojej niewiedzy była niczym wobec kompetencji gospodyni tego sklepu.

Fot. Her_kolaz2

Ileż ona wiedziała! Celowo nie piszę o niej: ekspedientka, sprzedawca, bo to za mało. Wpadłem w ramiona pani, która musi chyba kochać swoją pracę, bo o herbacie wiedziała wszystko. Albo więcej. Dostałem więc instruktaż, dostałem próbkę dla nowego klienta, dwie torebeczki z mieszankami i… wyszedłem oniemiały. Takie sklepy, to są sklepy!

Martynika to pierwsza z herbat. Połączenie chińskiej zielonej i białej, do tego owoce papai i ananas, wzbogacone płatkami słonecznika. Czuć brzoskwinię… poezja! (Uwielbiam brzoskwinie!)

Cytrynowy poncz to z kolei liście Ulung, wzbogacone brzoskwinią, gruszką, trawą i skórką cytrynową. Orzeźwia, kusi, oddaje swe prawdziwe czary dopiero po drugim zaparzeniu…

Fot. Her3

TU PACZ! Piłem, delektowałem się, łączyłem z innymi herbatami i wyszła z tego przedziwna, ciekawa mieszanka. Nie powiem, że przerzucę się z kawy na herbatę, ale te pozytywne wrażenia są naprawdę godne upamiętnienia: oto profan, który nie przywiązywał do herbaty wielkiej wagi i traktował ją jako napój uzupełniający śniadania bądź urozmaicający popołudnia i niedzielne kawałki ciasta, patrzy na gorący napar z uwielbieniem i wierzy w jego moc! Czary jakieś!

Ale – profan, nie profan – żeby tradycji stało się zadość, oceniamy dziś sam produkt. Dwie herbaty tej samej marki Five o’clock. Walory smakowe, aromat i kolorystyka – niezwykłe, najwyższa klasa. Sposób ekspozycji doskonały. Obsługa perfekcyjna. Pomysł na biznes niezły, choć słabo promowany. Nie ma koncepcji? Można ją stworzyć, bo takie marki naprawdę nie powinny tkwić w cieniu sieciowych kawiarni, do których chodzi się raczej dla szpanu niż przyjemności. Klient otrzymuje produkt markowy – szkoda, że nie sklepach nie można łyknąć herbaty, przysiąść na moment, pogadać. I szkoda, że u nas ciągle nie pije się herbaty z należną jej atencją

Podsumujmy: 

punktacja

Five o’clock zyskał 52 punkty i to jest wynik absolutnie znakomity, chyba najlepszy w dotychczasowych testach marek! 

Do góry