Cuda na kiju, czyli jak obczaić piwną bestię?

04-07-2013, 09:00
Kategoria: 

Cuda na kiju, czyli jak obczaić piwną bestię?

Tu wszystko jest takie, jak być powinno. Temperatura otoczenia i temperatura piwa, fachowi i przesympatyczni barmani, dobra lokalizacja, duży wybór piw i ciekawy marketing. A jednak miałem zgrzyt: czy Cuda Na Kiju, jeden z trzech warszawskich multitapów, to jest to?

Poza tym, że jestem wyznawcą wina, jestem także fanem piwa. Ale głównie tych jego gatunków, które stoją daleko od mainstreamowych marek, produkowanych pod sztancę z przywożonego ze świata koncentratu, bez zapachu, bez smaku, bez koloru. „Moje” piwo musi być wyraziste, świeże, akcentować z każdym łykiem swoją niezależność. I musi rozprężać, regulować temperaturę wewnętrzną, głaskać chłodem w dni takie, jak wczorajszy.

Pokazałem tu kiedyś sklep z piwem w Złotych Tarasach. Nie minęło pół roku, a w Warszawie (wcześniej w kilku innych miastach) cieszą oko trzy multitapy – bary z piwem, w których podaje się złoty napój nie z jednego, lecz z kilkunastu nalewaków. I w których można się napić piwa z Księżyca – prędzej z Księżyca niż piwa z dużych, najważniejszych w Polsce browarów. I to mi się bardzo podoba.

Polskie (czyli zagraniczne), duże marki piwne przespały ten czas, kiedy mogły pod własnym szyldem – jak Żywiec przed wojną – prowadzić własne sklepy lub budki z piwem, dbając o jakość, wygląd, renomę. Ładowały (i ładują) kasę w promocyjny bełkot na plażach, gdzie DJ-e nakręcają impry pod wielkimi namiotami, do kufli leją się siki, a klient myśli, że to jest najlepsze piwo świata. I innego nie zna.

Teraz biznes gastronomiczny ma te wielkie browary w pompie, ludzie sami znaleźli kontakty do znakomitych, choć niszowych browarów, i uruchamiają naprawdę przesympatyczne, rzekłbym: wartościowe merytorycznie knajpy i bary. Tu nic nie jest dziełem przypadku, tu nie ma piwa z sokiem malinowym za 50 groszy, tu barman pyta: Co podać? – i pomaga w wyborze. Bo się zna na tym, co sprzedaje.

Fot. Piwo1

Cuda Na Kiju mają fajną miejscówkę (w budynku KC PZPR), na szybach wypisuje się bieżące menu, z kija leci Spragniony Mnich, Artezan, Sumeček albo Delirium Tremens. Jeśli chodzi o tę ostatnią markę, pamiętam związaną z nim anegdotę. Była baaardzo późna noc w Carcassone, gorąco, w nocnym barze ktoś świetnie grał na gitarze i śpiewał, kelner przyniósł kartę piw, spojrzałem – o, jaka fajna nazwa, poproszę. Małe czy duże? – zapytał kelner. Duże! – powiedziałem, bo jestem z Polski. Spojrzał na mnie bardzo, bardzo dziwnym i zdziwionym wzrokiem, ale piwo przyniósł.

Podniósł oczy do nieba, kiedy poprosiłem o kolejne… Naprawdę chce pan drugie? – zapytał, ale niczego nie wyjaśniał. Naprawdę? Naprawdę chciałem, jestem z Polski, nie? Co to są dwa piwa o drugiej w nocy?

Luuuuuuudzie, jaki to był kac! Jaki to był ból głowy! Jaki to był koszmar! Jak ja tę markę zapamiętałem na całe życie! Ale dobra była, skubana, maksymalnie. Tylko ten jej potencjał dziwny, ta moc zastanawiająca!

TU PACZ! Wracając do Cudów Na Kiju. Co mi zgrzytnęło? Ta sterylność formy, tafle zielonego szkła na schodach, ten industrialny design, w którym nie ma miejsca na odrobinę przaśności, w którym ludyczne piwo czuje się źle, a już na pewno nie tak, jak w czeskiej piwiarni lub niemieckiej bierstube. To jest indywidualne spojrzenie, może nawet zbyt konserwatywne, jak na czasy, w których pijemy piwo, ale – taki miałem wczoraj dysonans poznawczy. Że lepsza atmosfera panowała na zewnątrz baru, gdzie wystawiono w lekkim nieładzie zwykłe dość stoły i krzesła, niż w jego wnętrzu. Tam było tylko chłodno (klima) i pusto, niestety. Choć ludzi sporo, ale woleli być w cieniu, w dusznym powietrzu warszawskiego centrum, w upalnym dniu.

Poza tym: doskonale. A jak poczytałem ich profil na Fejsie, to zrozumiałem, że przelot mamy dokładnie taki sam. I o to chodzi.

Fot. Piwo2

Fot. Piwo3

Do góry