Co nam zostało?

24-07-2013, 09:00
Kategoria: 

Co nam zostało?

Takie książki trzeba czytać na wakacjach. Właśnie tu, na wulkanicznej wyspie, gdzie człowiek sięga wyobraźnią do środka ziemi i do środka siebie. Chociaż „Co nam zostało” izraelskiej powieściopisarki Zeruyi Shalev to książka do szpiku kobieca, w  jakiś szczególny, subtelny sposób trafia do najbardziej kobiecej części mojej męskiej natury…

Ze skrzydełka obwoluty mówi do mnie prezydent i dwukrotny premier Izraela - Szymon Peres: Jestem pod ogromnym wrażeniem. Shalev ma prawdziwy dar. Rozumie ludzkie tajemnice i potrafi zmieniać je w opowieści. Komplementuje tę książkę także Amos Oz, właściwie rywal pisarki do tytułu najważniejszego izraelskiego pisarza: To jedna z najmocniejszych powieści, jakie czytałem w ostatnich latach.

Rzeczywiście, to jest mocna, niełatwa opowieść,  wbita prosto między oczy małżonkom, niespełnionym nadziejom, zmarnowanemu życiu. Niezwykła siła tej historii tkwi w niespiesznej narracji, pomieszaniu chronologii, powiązaniu wątków i – to chyba najważniejsze – w mądrej obserwacji.

Choć jest momentami nudnawa, książki Shalev nie daje się odłożyć. W jakiś sposób dotyka i dręczy, i choć wydaje się być historią frustratów,  jest w gruncie rzeczy optymistyczna. To całe nasze życie, chociaż nie nasza historia, obce imiona: Szlomit, Awner, Chemda, Anati, Jotam, Dina. Obce, dalekie miasto, inne okoliczności przyrody i historii, inny świat. A przecież oni są zupełnie jak my.

Matka Diny i Awnera – Chemda, jest u kresu życia, umiera, już tylko leży w wąskim łóżku, w najmniejszym pokoju maleńkiego jak chusteczka do nosa mieszkania. Kiedyś mieszkała w kibucu, potem zdecydowali z mężem, że trzeba spróbować żyć inaczej, w małej wspólnocie, w rodzinie, blisko. Czy to się udało? Dina i Awner, siostra i brat, oboje po czterdziestce, każde w długim małżeństwie, od lat obcy sobie, zawsze rywalizowali: ona o miłość matki, on – ojca.

Skupieni na trwaniu, bez głębszej myśli, w biegu, spotykają się nagle przy łóżku starej mamy, i zmuszeni sytuacją poddają swoje życia pierwszej od lat refleksji. Nieudane, niesatysfakcjonujące bycie – bo trudno nazwać prawdziwym życiem tę namiastkę, która  jest im dana, albo może lepiej – którą sami w pocie czoła wypracowali. I… to już wszystko? Nie będzie niczego więcej?

Awner jest „prawnikiem Beduinów”, zajmuje się sprawami z półki „beznadziejne”:  deportacje, zamachy, nieuzasadnione szykany, zatrzymania przy murze – jesteśmy w Jerozolimie – w sercu najtrudniejszego światowego konfliktu. Dina wykłada historię Żydów, jej mąż – Gideon to z kolei ceniony fotoreporter. Już nie pamiętają kiedy ostatnio byli sobie bliscy, czy w ogóle kiedyś się kochali? Od lat nie zbiegają o siebie, nie pielęgnują zamierającego uczucia. W pewien sposób zaprzyjaźnili się ze sobą, z tą dziwną sytuacją, w której funkcjonowanie w jednym domu przestało być czymś dobrym i kojącym.

Rutyna, obowiązek, przyzwyczajenie, przywiązanie, nuda, smutek. Ich szesnastoletnia córka, Nican, właśnie wchodzi w swoje osobne życie. Dina od lat pragnie nowego dziecka, nigdy nie potrafiła jednak wyrazić swojego pragnienia na tyle jasno, żeby Gideon zrozumiał jak jest dla niej ważne. Teraz, gdy kobieta ma czterdzieści pięć lat, to spełnienie przestało być realne, Dina nie może już urodzić dziecka. Gideon kategorycznie sprzeciwia się adopcji, to kaprys – mówi żonie, beznadziejny pomysł na zburzenie tego, co jeszcze nam zostało, jeśli to zrobisz – grozi – odejdę.

Także Awner jest nieszczęśliwy w swoim małżeństwie, pewnego dnia spotyka w szpitalu kobietę, która opiekuje się umierającym mężem. To przypadkowe, krótkie spotkanie staje się punktem zwrotnym w życiu Awnera, postanawia kobietę odnaleźć, obsesyjnie jej szuka, nie wie co miałby jej powiedzieć, co zrobić, czuje jednak dziwny  przymus. Tyle, że Talia wcale nie jest żoną Rafaela, przy którym czuwała w szpitalu...

Historię się plączą, bohaterowie próbują ze sobą rozmawiać, naprawić błędy, zmienić bieg losu. Coś jednak staje  na przeszkodzie. Czy życie musi być nieudane? Czy nie można niczego poprawić? Czy potężne, prawdziwe pragnienie nie jest usprawiedliwieniem krzywdy innych? Ile pokory trzeba, żeby zrozumieć po co przyszliśmy na świat? Czy spełnienie jest sensem życia, czy przeciwnie jest nim niedosyt i nieurzeczywistnione marzenia? Egzystencjalne pytania,  czasem trzeba je sobie zadać – przypomina ta książka.

TU PACZ! TO NIE JEST LEKTURA NA SZYBKI LOT, sama Shalev twierdzi, że jest najbardziej zaskoczonym czytelnikiem swojej nowej książki. Dwa tygodnie temu „Wysokie Obcasy” opublikowały rozmowę z  tą ciekawą pisarką, trafiłem na nią w sieci przypadkiem, polecam lekturę , a moje  kobiety podpowiadają, że poprzednie książki Shalev są co najmniej tak samo dobre. Sprawdzę: na kolejnym urlopie.

PS. Zeruya Shalev pisze w osobnym stylu, pisze po babsku, tokiem myślenia, na początku czytasz zdziwiony, po chwili wpadasz w rytm, który wydaje się zupełnie naturalny. A „Die Welt” (w Niemczech Shalev jest szczególnie ceniona) dodaje: Żaden współczesny pisarz nie potrafi tak przejmująco wyrazić nadziei, niepokoju, wahania i lęku. Czytajcie! Cóż innego robić?

Do góry