Bezcenna powieść od strony nr 200

31-07-2013, 09:00
Kategoria: 

Bezcenna powieść od strony nr 200

Nieźle pisze ten Miłoszewski.  I wcale nie jest tak, że się jego „Bezcennym” rozczarowałem, a jedynie rzec by można, że do suspensu Nessera ma on jeszcze kawałek drogi. To jest skok na całkiem inny poziom. Ale mam wielką nadzieję, że kolejny kryminał Polaka można będzie spokojnie postawić na półce z książkami w sąsiedztwie „Samotnych”.

Jedyna obawa? Chciałbym, by autor nie poszedł prosto w stronę Dana Browna, bo jak się zdaje, tam właśnie teraz zmierza. Wydaje mi się to lekko ryzykowne.

Pierwszy zarzut do najnowszej powieści Zygmunta Miłoszewskiego jest natury technicznej – bałagan! Za dużo wątków, trzy plany czasowe na raz, za dużo w tych planach postaci. Nie żebym był nadinteligentny, na ogół dość sprawnie ogarniam powieściowe wydarzenia, tymczasem tutaj jakoś trudno mi się połapać.

Brnie się przez początek z pewnym trudem, co nienajlepiej rokuje, bo a nuż się trafi ktoś mniej cierpliwy i  bardziej znudzony ode mnie…? I odpadnie. Początek powinien być... no wiecie jaki… powinien BYĆ! Szarpać nerwy! Utoczyć krew prosto z serca. Otworzyć oczy. Polecam dla przykładu ostatni kryminał Nessera: o totalnym zaskoczeniu w „Rzeźniczce z Małej Birmy” już na drugiej stronie powieści pisałem tu nie tak dawno.

U Miłoszewskiego naprawdę zajmująco robi się dopiero w okolicach… dwusetnej strony, kiedy precyzyjnie zaplanowana akcja... Nie, nie zdradzę co z tą akcją, dodam jedynie, że strona nr 200 to mniej więcej połowa opowieści, sugerowałbym więc na przyszłość dużo lepszą redakcję, może jakieś didaskalia, może na początek listę osób występujących w kolejnych odsłonach? Bo czytelnik, za przeproszeniem inteligentny, ma prawo się gubić… Jeśli ktoś, tak jak autor, zanurzony jest w tej historii po same uszy i bohaterów zna jak zły szeląg, to identyfikowanie Hermoda z Leongiem, (pomijając Beagleya ;) nie sprawia mu kłopotów. Dla laika, państwo wydawcy, to jednak pewien kłopot. No, chyba, że książka wymaga specjalistycznych studiów przed jej lekturą, wtedy zgoda.

Rzecz tu jest o poszukiwaniu przez polską specgrupę najcenniejszego obrazu, który kiedykolwiek znajdował się w polskich zbiorach. „Portret młodzieńca” pędzla Rafaela Santi zaginął po II wojnie w nieznanych (?) okolicznościach. Wojenna zawierucha zabrała nam zresztą – uwaga – ponad  60 tysięcy cennych dzieł sztuki, głównie obrazów! Szok, prawda?

Miłoszewski mówił w wywiadach, że niewiele musiał wymyślać, przekopując się przez archiwa natknął się na niesamowite, pikantne historie, mrożące krew w żyłach prawdziwe opowieści o poszukiwaczach zaginionych skarbów. Nie przeczę, zawsze jednak pojawia się pytanie: jak przekuł tę wiedzę na sztukę własnej prozy?

Fot. Bez2

„Młody”, bo tak pieszczotliwie nazywa się w powieści portret Rafaela,  to jeden z trzech obrazów z polskich zbiorów, które opisuje się jako niezwykłe, piękne, bezcenne, magiczne. Drugi to „Dama z gronostajem”, czyli naszą swojską łasiczką pędzla da Vinci, trzeci w kolejności jest „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta. Wszystkie znajdowały się w polskich zbiorach muzealnych do wojny, zagarnięte przez najeźdźcę przemierzyły pół Europy, a poszukiwania „Młodzieńca” trwają do dziś.

Fascynujące są losy tego zaginionego płótna. W polskie ręce trafiło na samym  początku dziewiętnastego wieku. W 1801, może w 1808 roku, od weneckiej rodziny Giustinianich  kupili obraz Adam Jerzy i Konstanty Czartoryscy. Krótko przed tym książę Adam  nabył  też w Italii „Damę z gronostajem” mistrza Leonarda. Obrazy trafiły do kolekcji Izabeli Czartoryskiej w Puławach. Przez lata wisiały  razem, a obok trzecie niezwykłe dzieło, wspomniany  „Samarytanin” Rembrandta.

TU PACZ! Pomysł Miłoszewskiego był genialny i zarazem bardzo prosty. Do prawdziwej historii dopisać fikcyjny wątek przygodowy. Tymczasem w trakcie pisania książki, w sierpniu zeszłego roku do mediów przebił się letni news – informacja, że oto urzędnik odpowiedzialny za powrót polskich dzieł sztuki zrabowanych  po wojnie, trafił na ślad „Młodzieńca”. Miłoszewski wpadł w panikę, jak sam mówi: Oto piszę pięćset stron o poszukiwaniu bezcennego obrazu, a za dwa tygodnie w Muzeum Czartoryskich powieszą  dzieło na ścianie i tyle...?

Na szczęście dla czytelników i na nieszczęście dla narodowej spuścizny, obrazu jak nie było, tak nie ma. Z czystym sumieniem możemy się zatem oddać  sensacyjnej fabule. Piękna i nieco zarozumiała urzędniczka z MSZ, cyniczny, zadurzony w niej szalony marszand, emerytowany oficer wywiadu i genialna szwedzka złodziejka – wszyscy oni tworzą w powieści wspomnianą specgrupę, której przygód nie powstydziłby się sam Dan Brown, a może i Zbigniew Nienacki. Wybaczcie, porównanie z nieustraszonym panem Samochodzikiem jakoś samo się tu nasuwa.

Bardzo mi się podobał pierwszy kryminał Miłoszewskiego „Domofon”, z „Uwikłania” film zrobił Jacek Bromski i to już jakoś mniej mnie uwiodło, nad ekranizacją „Ziarna prawdy” pracuje Borys Lankosz,  a mając w pamięci  „Rewers” – możemy mieć niezłą zabawę. Tylko więc patrzeć, a „Bezcenny” trafi na ekran. W roli zimnej dyrektor Zofii Lorentz widzę...

Uruchomcie wyobraźnię, fajnie się to czyta, tylko...Trzeba przebrnąć przez zapętlony początek. Panie Autorze, to sugestia wobec kolejnych dzieł: trzeba myśleć o czytelniku. Niestety…

Fot. Ze zbiorów Autora

Tagi: 
Do góry