Zepsuty ojciec, zepsuta córka. To mógł być taki dobry dramat!

04-06-2013, 09:00
Kategoria: 

Zepsuty ojciec, zepsuta córka. To mógł być taki dobry dramat!

Pił, ćpał, ciągał do łóżka połowę dziewczyn, które tańczyły w jego rewii, opływał w luksusy, wydawał erotyczne pisma i tworzył legendę już za życia. Czy to jest temat na film? Tak, wyjątkowy temat, który łatwo spieprzyć, kiedy kręci się opowiastki takie, jak „Prawdziwa historia króla skandali”.

Zbiór miałkich anegdot z życia najbogatszego Brytyjczyka, Paula Raymonda, określanego mianem „króla Soho”, to zbyt błahy powód, by iść do kina. Mimo starannego odzwierciedlenia zmieniających się epok w szołbiznesie i znakomitego aktorstwa głównej postaci tego filmu – Steve’a Coogana – dostajemy historię tak banalną, że aż boli tyłek.

Dlaczego więc nie zrejterowałem przed czasem?

Raymond był władcą masowej wyobraźni, umiejętnie spełniał skryte marzenia mężczyzn – poznajemy ich w filmie bez liku – o wyuzdanych, łaszących się do nich kobietach. Odpowiadał na potrzeby odwiedzającego jego rewię perwersyjnego pastora, dawał ujście erotycznym emocjom każdemu, kto zapłacił za bilet – młody czy stary, Brytol czy Japończyk, wszyscy chodzili na spektakle z udziałem nagich kobiet. Bo przyciągały wzrok, ociekały erotyzmem, pobudzały zmysły.

Król Soho wracał po przedstawieniach do domu, do żony i dzieci, zaliczywszy jedną, czasem dwie gotowe na wszystko panienki. Szczęśliwie dla nas, reżyser (Michael Winterbottom) nie brnie w szczegóły tych eskapad, widzimy jedynie nocne powroty i przekomarzania z wyrozumiałą (do czasu) żoną. To jest tak banalne, że aż wstyd, że komuś przychodzi na myśl kręcić tysięczny film na ten sam oklepany temat. Dookoła bossa miliony pokus, miliony funtów, litry alkoholu, działki narkotyków i… coraz większa pustka.

Fot. Look1

Film byłby ostatnim szitem sezonu, gdyby nie pojawiająca się w drugiej części scenariusza dorastająca córka Raymonda, Debbie, brawurowo zagrana przez Imogen Poots. Coś korzystnie pęka w miałkiej dotychczas narracji, coś zaczyna do nas docierać. Zepsuty ojciec (cóż z tego, że niezwykle sympatyczny i kreatywny!) gotów na każde poświęcenie dla swojej ukochanej córki, wciąga ją coraz głębiej we własne bagno. Aż do bólu! Tych dwoje ludzi buduje na naszych oczach coraz ciekawszą i wielowymiarową formę relacji. Szkoda, że dopiero w końcowej części filmu…

Jest taka scena, w której Coogan przyłapuje córkę na przyjmowaniu kolejnej działki narkotyku. I sztorcuje ją nie za to, że bierze kokę, lecz w trosce o… jakość towaru, który nosem wciąga Debbie. Ćpaj, maleńka, ćpaj, bo to ci się należy, ale pamiętaj, żebyś nie brała byle śmiecia, towar zawsze musi być najwyższej jakości! Rozpieszcza ją nawet w takiej sytuacji!

Przyznaję, że można było tę scenę zagrać tak, byśmy dostrzegli w ojcu demona, ucieleśnienie zła, znienawidzili go do reszty. Ale Coogan zrobił z niej mistrzowską etiudę: broni swojego bohatera, my się z nim zgadzamy! Rozumiemy tę poradę! Nie tolerujemy narkotyków, ale podzielamy ojcowską troskę… Skoro już musisz, kupuj dobry towar… Naprawdę, czapki z głów.

Gdyby nie wątek tragicznych relacji ojca i córki, jego bezgranicznej miłości do dziecka i jednoczesnego zafascynowania ojcem ze strony Debbie – coraz intensywniej przejmującej rodzinny biznes – ten film byłby totalnie nijaki. A tak: pozostawia nas w zadumie. Czy dzieci muszą płacić za grzechy swoich rodziców? Jak nisko można upaść? Co można zrobić dla sławy i pieniędzy? Jak spieprzyć życie sobie i innym?

Fot. Look2

Trochę jest to opowieść z morałem, jedna z wielu, trochę też film stricte biograficzny – tu dałoby się  więcej wycisnąć zwłaszcza w sferze obyczajowej, relacji społecznych w Anglii i stosunku do zalewającej kraj pornografii – trochę też jest to obraz kilku epok, starannie pokazywany i z dużym smakiem, mimo nadmiaru pijaństwa, balang i nagości. Ta nagość zresztą nie jest u Winterbottoma obezwładniająca, przeciwnie – pokazują ją nam z lekkim przymrużeniem oka, starannie dostosowując się do realiów tamtych lat. Nawet kobiece łona są w tym filmie profesjonalnie zarośnięte, nawet kolorystyka zdjęć – dopasowana do poziomu rozwoju technik drukarskich w każdej kolejnej dekadzie. Przyznaję, to zaleta „Prawdziwej historii…”

I na koniec wciąż ta sama refleksja: wieczorny seans w Cinema City, pięć osób w wielkiej sali, nikt i nigdzie nie wpadnie na pomysł, by szukać widzów innymi metodami niż utrzymująca się na równym, wysokim poziomie cena biletów i brak sensownie dopracowanej koncepcji zachęt, reklamy i PR. Kiniarze sami sobie strzelają w kolano, co nijak mnie nie martwi, a jedynie prowokuje do stawiania wiecznie tego samego pytania: kiedy ta skostniała dystrybucyjna struktura zrobi coś rozsądnego dla promocji kina w Polsce?

Same zwiastuny już nie wystarczają…

Do góry