Toskania, Umbria, Goławska, Lindenberg

25-06-2013, 09:00
Kategoria: 

Toskania, Umbria, Goławska, Lindenberg

Dziś o książce nietypowej. Przed wakacjami zaglądamy do przewodników – większość z nich cięta jest jak spod sztancy: nie znajdziesz tu ani śladu osobowości autora, który żarliwie poleca ci region lub kraj, w jakim chcesz spędzić swój urlop, ani żadnych miejsc, których wcześniej nie polecaliby inni, ani fascynujących przeżyć. Podróżnicza mowa-trawa. A ja… ja właśnie znalazłem wyjątek od tej reguły.

„Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny” Anny Marii Goławskiej i Grzegorza Lindenberga, to lektura pasjonująca nie tylko dla kogoś, kto Włochy ma w krwi, ale przede wszystkim dla turysty łaknącego innej wiedzy o miejscu swoich wakacji. Autorzy nie kryją swojej fascynacji Toskanią, Umbrią i Apulią (brawa za Apulię!!!), nie chowają się w gąszczu schematów – tu kościół, po prawej muzeum, po lewej trattoria – lecz idą dużo dalej.

Pokazują własne emocje. Czynią z nich główny atut własnej opowieści!

Fot. Lin1

Kiedy czytasz, co im smakuje, a co nie smakuje – wiesz, że to jest uczciwe wobec ciebie. Kiedy piszą o zamkniętej w środę restauracji – to przecież nie tylko po to, by napisać o miejscowych zwyczajach, lecz by cię ostrzec: nie szukaj tam szczęścia w środy. Kiedy wędrują po miasteczkach Toskanii, to czujesz ich oddech, ich zmęczenie, tę temperaturę, żar i te tłumy turystów na plecach. Ale po chwili pojawiasz się w miasteczku, które jest puste, a ma klimat, a warto je zobaczyć, bo inni dawno o nim zapomnieli. Widzisz je – dzięki Autorom.

Cieszę się ich fascynacją Montalcino i Pienzą – bo to są toskańskie śliczności – i wiem, że warto pokazać historię tych miast, które (zwłaszcza Montalcino) jeszcze 30-40 lat temu trwały w stanie agonalnym. Wydobył je agresywny marketing, wydobyła je przedsiębiorczość włoskich winiarzy, upór małych restauratorów, pomysłowość i wsparcie lokalnych władz. Brunello rządzi, to wiadomo, ale każdy, kto napił się w Montepulciano dobrze schłodzonego białego wina – uwaga, uwaga! – Bindella, ten wie, o czym mówię… I wie, do czego trzeba i warto wracać.

Lokalne marki, lokalne pomysły, lokalne atrakcje. Włosi potrafią to wykorzystać do bólu – w przeciwieństwie do Polaków z Lubelszczyzny i Podlasia, ciągle jakby wstydzących się swojej lokalności, swoich produktów, ich przaśności i… doskonałości. Ja mam naturalne ciągoty w stronę Apulii, gorących od słońca winogron, które dają wino najlepsze na świecie, Goławska i Lindenberg kochają Toskanię i Umbrię (Apulię trochę też!), a lubelacy – czy kochają Lubelszczyznę? Potrafią się nią chwalić? Obawiam się, że wątpię.

TU PACZ! Bardzo dobry, niekonwencjonalny przewodnik po Toskanii i Umbrii ma już kolejne wydanie – i tylko taki cieć jak ja, kupuje je po raz pierwszy. Ale czyta od deski do deski, natychmiast! Są, jak widzę na stronie internetowej, także wydania na tablety i smartfony – choć tu akurat nie ma się czemu dziwić: w końcu to Lindenberg, marka sama w sobie.

Gdybym miał się czegoś przyczepić, oprócz jakości druku zdjęć, powiedziałbym, że czekam na przewodnik prawdziwie alternatywny. Pokazujący Włochy, których zupełnie nie znamy. Prezentujący subkultury, małe fattorie i wielkich producentów wina, pokazujący życie włoskich podwórek, domów, nocną ciszę, która nie jest ani nocna, ani cicha, wchodzący w przestrzeń jeszcze bardziej skomplikowaną niż trasa pomiędzy restauracją, placem centralnym, kościołem i starym mostem. Ale to moje subiektywne oczekiwanie, tak samo subiektywne, jak przewodnik, który gorąco polecam.

Zobacz, musisz to mieć przed wyjazdem do Włoch!

A na zachętę: kilka moich fotografii z Pienzy, Montalcino i okolic… Oraz na końcu: katedra w Trani,  Apulia! Apulia rulez!

Fot. Pienza_spacerowiczka

Fot. Montalcino laweczka

Fot. Montalcino sklep

Fot. Trani_katedra

Do góry