Taki stary, trochę nudny festiwal

15-06-2013, 09:00
Kategoria: 

Taki stary, trochę nudny festiwal

Czasem była to stolica obciachu i żenady, czasami miejsce naprawdę znakomitych występów – jak wtedy, gdy Stuhr zaśpiewał „Śpiewać każdy może” albo gdy pojawiał się Niemen ze swoimi recitalami – ale zawsze była to stolica polskiej piosenki. Wczoraj festiwal opolski obchodził 50. rocznicę. Jeszcze trochę, a będzie tak stary, jak Rewolucja Październikowa.

Szczerze mówiąc, najczęściej wyłączałem dźwięk podczas wczorajszej transmisji, zatrzymując się jedynie na moment przy artystach takich, jak Natalia Sikora, bo nie kręcą mnie gwiazdki jednego wieczoru, w rodzaju kolejnej siostry Steczkowskiej, Momo czy Natalii Przybysz w staniku. Nawet Olga Bończyk była smutnym popowym dodatkiem, o Kasi Stasiak nie wspominając. Żenujący Szyc i Maryla, bardzo słaba druga część koncertu…

Świetnie natomiast zdała egzamin Katarzyna Kwiatkowska parodiująca opolskie gwiazdy – w roli Edyty Wojtczak czy jako Krystyna Janda, a tu była wręcz boska (nomen omen) – i dla niej podkręcałem dźwięk. Ale poza tym…?

Czy to jest dobry kraj dla festiwali? Jak było widać po wczorajszej publiczności, przyszli głównie równolatkowie tej imprezy, nauczeni robić meksykańską falę długo przed mistrzostwami w Meksyku i wprawieni w klaskaniu po byle czym.  Jakości wczorajszego spektaklu nie powinienem oceniać, jubilatom powinno jedynie składać serdeczne życzenia i winszując sugestywnie prosić o zmianę poziomu, najlepiej w górę.

Nie chcąc zrzędzić, wolę oddać się wspomnieniom, bo przecież miał ten festiwal całkiem dobre momenty. Był wentylem bezpieczeństwa, gdy za komuny wpuszczano tu kabarety na czele z Teyem – mało kto potrafił wówczas, tak jak Laskowik, Smoleń, Jaślar i Rewiński mrugać okiem do publiki i mówić wszystko, niby nie mówiąc nic. Nawet Jan Pietrzak dawał się wtedy lubić, wtedy jeszcze nie napęczniał jego narodowy balon, a jego Pod Egidą było mistrzostwem samym w sobie.

Pamiętam Maanam, SBB, Perfect i Lombard – ten ostatni w Opolu świetnie sobie radził, trzymając publiczność w nieustannej gotowości do bisów przy „Szklanej pogodzie”. Ale było to także miejsce dla wykonawców zgoła egzotycznych, którzy porywali całą opolską Polskę – Papa Dance, Universe, Wojciech Gąssowski, Andrzej Rosiewicz (zanim i jemu IV RP nie napęczniała) – a przecież byli jeszcze Anna Jurksztowicz (ktoś pamięta?), Danuta Rinn, Jacek Lech, Urszula Sipińska, Halina Frąckowiak, Irena Santor, Bohdan Łazuka, Budka Suflera, Bajm, Jerzy Połomski… Boszszsz… kogo tam nie było? Może tych byłoby łatwiej wymienić?

Ja pamiętam z własnych wrażeń i powtórkowych programów kilka utworów Edyty Geppert, Magdy Umer, Grażyny Łobaszewskiej czy daleko wcześniej Ewy Demarczyk. Trudno zapomnieć Seweryna Krajewskiego i Czerwone Gitary, Kombi, Marylę Rodowicz, ekscentryczny Oddział Zamknięty, koncert TSA, a z nowego wieku – choćby przebierankę Macieja Stuhra, który zastąpił Grzegorza Turnaua, czy genialne występy Marcina Dańca (potem było go w telewizji aż nadto).

Fot. Opole_kolaz2

Można by tak wymienić całą dłuuugą listę polskich wykonawców, bo w zasadzie nawet jeśli ktoś przez lata kontestował ten festiwal, to i tak w końcu się na nim pojawiał, wszak była to jedna z największych widowni i telewidowni w kraju. Dziś jego gwiazda zblakła, przeszła w fazę telepapki z konkursami na najcudniejszy SMS, lokowania produktów i minut dla sponsorów, żyjąc głównie z odcinania kuponów od własnej sławy.

Takie imprezy, żeby zyskać nową widownię, muszą mieć wyjątkowy pomysł na formułę. Opole jej nie ma. Jest dwu-trzydniowym spotkaniem starych znajomych, według klasycznej reguły, oklepanych dialogów konferansjerów z publicznością i wymuszanymi oklaskami. Raz na kilka lat można obejrzeć. Z okazji pięćdziesiątki – wypadało.

Do góry