Szorstkogłosy

12-06-2013, 09:00
Kategoria: 

Szorstkogłosy

Kiedy będę miał, jak on, 68 lat, wbiję się w stare dżinsy, trampki i pójdę nad wodę z gitarą i winem, by zagrać swoim wnukom pieśń na dobre dni, które ciągle są przed nimi – i wypić za wszystkie złe, które wraz ze mną odchodzą w przeszłość. Nie ma tu nic do rzeczy, że nie potrafię grać na gitarze: kto mi zabroni grać, śpiewać, pić wino?

Rzadko tu piszę o muzyce, kiedyś pojawiały się na moim blogu nowości muzyczne, ale teraz tę rolę przejął tajemniczy autor bloga muzolinki.pl z naszej platformy blogerskiej BlogHouse.pl i robi to po stokroć lepiej niż ja! Powód, dla którego wracam na moment do muzyki, jest szczególny: Rod Stewart wydał nową płytę, pierwszą od dwóch dekad. Wiem, całkiem niedawno nagrywał płyty z coverami i brzmiało to momentami genialnie, ale „Time” to płyta zawierająca wreszcie jego autorskie kompozycje. Takie jak ta, jedna z lepszych na płycie – „It’s Over”:

Płyta ma dwie wersje: standardową i de luxe. Dzięki aplikacji Deezer ściągnąłem pełną wersję albumu: opłaca się, bo zawiera aż 15 utworów, o trzy więcej niż wersja standardowa.  Jaka to muzyka? Z jednej strony stary dobry rock, za którym w wydaniu Stewarta specjalnie nie przepadam, ale tu brzmi całkiem udanie. Z drugiej strony ballady wyśpiewane tym jego fantastycznie chropawym głosem, trochę rzewne, trochę przesłodzone, ale zawsze w wielkim stylu. I zawsze o czymś.

Fot. Rod_kolaz1

Stewart ma 68 lat. Śpiewa od połowy lat 60. ubiegłego wieku, a zaczynał w małych brytyjskich klubach, w których grało się wtedy bluesa i w których królował rytm „Hoochie Coochie Man” grany na sto różnych sposobów. Zaczął pisać, zacząć grać i śpiewać, aż wreszcie doczekał się swojego „Sailing” i pożeglował w stronę gigantycznej kariery. Sprzedał ponad 100 milionów płyt!

Lubię go za bezpretensjonalność. Za wierność jednemu klubowi (Celticowi Glasgow), choć o jego wierności do kobiet powiedzieć za dużo nie można. ;-) Lubię za konsekwencję w kreowaniu własnego wizerunku, za umiejętność zapraszania na scenę młodych, bardzo mało znanych wykonawców. No i za głos, za „Vagabond Heart” – jedną z najlepszych płyt, jakie słyszałem.

Fot. Rod_kolaz2

Jego najnowsza płyta „Time” to szczególna spowiedź dojrzałego mężczyzny. Nie ma w niej goryczy, jest nostalgia, są wątki osobiste, są sprawy podniosłe („Legless” to opowieść o beznogim weteranie wojny w Wietnamie), są utwory taneczne i zwykłe pościelówy. Większość piosenek to dzieło Stewarta, jedna z nich – zresztą znakomita – to kompozycja Toma Waitsa, urzekająca nostalgią ballada „Picture In A Frame”.

Słuchałem kilka dni temu najnowszej płyty Deep Purple – nie porywającej, ale przecież całkiem świeżej, jak na wiek nagrywających ją dżentelmenów – i nie spodobała mi się tak mocno, jak „Time”. Stewart ma fajną, prostą stronę internetową, na której zwierza się z osobistych przeżyć z lat rozdzielających jego ostatnie płyty. Mówi o twórczym dołku, do którego zagnały go ambicje – chęć sprostania oczekiwaniom pisania coraz lepszych kawałków! – mówi o życiu i o tym, jak powiedział sobie: czas na przejście! Przejście do nowego okresu, do nowych wyzwań!

TU PACZ! Nie wiem co jest w gwiazdach, które skończyły sześćdziesiątkę, a nawet i więcej, że nie mogą oderwać się od mikrofonu, gitary czy perkusji. Niektóre już czasem powinny, lecz większość jednak – NIE! Jeszcze nie!

W powodzi jednodniowych piosenek (dziś poznasz, dziś zapomnisz), w natłoku artystów, którzy pojawiają się na rynku muzycznym i zaraz zeń spadają jak meteory, tacy faceci jak Sting, Clapton, Stewart, Jagger, Waits, Santana, Dylan czy Mayall – że pozostaniemy tylko przy nich, kobietom wieku nie przypominając – są jak latarnie morskie na drodze powrotnej z oceanów. Już prochu nie wymyślą, już nie nagrają płyty, która powali świat na kolana, ale… Spróbujcie dziś znaleźć utworzy choćby takie jak „Stairway to Heaven”, tak mocne, tak nieśmiertelne, tak wspaniale ponadczasowe.  

Są takie?

Do góry