Rzeźniczka z Małej Birmy

06-06-2013, 09:00
Kategoria: 

Rzeźniczka z Małej Birmy

Podobno kilku szwedzkich krytyków uznało, że cykl o inspektorze Barbarottim spokojnie mógł się skończyć na czwartej części, na „Samotnych”. Kategorycznie się z nimi nie zgadzam! Håkan Nesser wciąż zaskakuje, zadziwia a właściwie należałoby tu użyć kolokwialnego – dosłownie rozwala.

W najnowszej powieści w serii z Barbarottim – „Rzeźniczka z Małej Birmy” – znajdziesz taki fragment:

Dlaczego czas musi być tak beznadziejnie liniowy? – myśli. Dlaczego nie można któregoś razu obudzić się i mieć dwanaście lat, innego poranka pięćdziesiąt dwa, a jeszcze innego dwadzieścia cztery? Dlaczego dni naszego życia nie mogą się trochę wymieszać?

Nie twierdzę, że z Nessera jest wielki filozof – hołd oddałem mu jakiś czas temu – twierdzę natomiast, że facet ma wyrafinowane wyczucie tego, co zaintryguje współczesnego zjadacza świata, zblazowanego czytelnika, który wszystko już widział, czytał i słyszał. Nesser to nie tani gadżeciarz, który operuje kilkoma znanymi chwytami, ten pisarz myśli i – to się czuje – ma spore życiowe doświadczenie, jakiś bagaż prawdziwych doznań. Niemały zresztą.

To o Hitchcocku mówili, że w jego filmach na początku mamy trzęsienie ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie; Hakån Nesser na pierwszej stronie książki odpala taki emocjonalny pocisk, że trzeba czytać dwa albo trzy razy, żeby uwierzyć!

Bo jest tak…

Jakiś czas temu nasz bohater, 52-letni inspektor Gunnar Barbarotti ze szwedzkiego Kymlinge (nie szukaj na mapie, miasteczko jest fikcyjne) związał się z 40-kilkuletnią Marianne. Ona ma troje dzieci, Gunnar też trójkę, oboje po rozwodach zszyli na nowo ten patchwork i żyją szczęśliwie w willi Pickford…

Czytasz to sobie tak lekko… łatwo… przyjemnie… A potem przychodzi 45 wiersz powieści… I BACH! DOSTAJESZ CIOS MIĘDZY OCZY! I musisz przeczytać kilka razy, by naprawdę uwierzyć…

A to ledwo początek. Nasz inspektor zostaje obarczony zadaniem wyjaśnienia dwu tajemniczych starych śledztw, które w pewien, choć niejasny sposób są ze sobą powiązane. Jasne jest tylko to, że prawie ćwierć wieku temu (w Kymlinge mamy rok 2012), a więc w 1989 roku Ellen Bjarnebo-Helgesson została skazana na 11 lat więzienia za zamordowanie męża, rozczłonkowanie i ukrycie jego zwłok. Pięć lat temu (w 2012 Ellen jest już na wolności), zaginął z kolei jej nowy partner życiowy.

Ta sama Ellen – Rzeźniczka z Małej Birmy – i kolejne tajemnicze zniknięcie? No cóż, bywa… Pewnego popołudnia Arnold wsiadł na niebieski moped (to taki motocykl) i pojechał po lokalną gazetę na stację benzynową i... I co? Przepadł jak kamień w wodę? Tym razem nie ma żadnych dowodów zbrodni, a Ellen nie przyznaje się do winy.

Dlaczego Asunander,  odchodzący na emeryturę szef Barbarottiego, zleca mu zbadanie tej dawno umorzonej sprawy? Dlaczego Barbarotti znowu kłóci się z Bogiem, a nawet z nim rozmawia? Dlaczego tej historii nie da się ot tak, przeczytać i zapomnieć? Dlaczego chodzi za człowiekiem i jakoś uwiera?

TU PACZ! Czasem czytamy nową powieść i zapominamy o niej po kilku minutach, łykając książki jak witaminy. A tymczasem tu – tu jest zupełnie inaczej! Co się naprawdę wydarzyło w Małej Birmie 20 lat temu z hakiem?

To nie jest kolejny banalny kryminał. Krąży tu szwedzki duch, pobrzmiewa ton Stiega Larssona, a ślamazarne śledztwo przywodzi na myśl nudny sposób pracy Kurta Wallandera z kryminałów Mankella. Ale i tak Nesser pozostaje  świeży i oryginalny. I wcale nie o rozwikłanie zagadek sprzed lat tu idzie. A już na pewno – nie tylko o to.

Jedno mnie jednak dręczy i mam trochę żalu do Håkana – jak Ellen wróciła z lasu na piechotę? To musiało jej zabrać mnóstwo czasu, a ona o drugiej w nocy była już z powrotem! Jakoś mi to zgrzyta. Jeśli też przeczytasz ten kryminał i znajdziesz odpowiedź, daj mi znać koniecznie: nie chcę nosić w sobie żalu w nieskończoność…

A poza tym – bez zarzutu. Znakomity kryminał, gorąco polecam. I czekam na kolejny.

Tagi: 
Do góry