Polska specjalność: chińskie podróby, kebab i pizza

11-06-2013, 09:00
Kategoria: 

Polska specjalność: chińskie podróby, kebab i pizza

W warszawskiej Fortecy w parku przy Zakroczymskiej co środa spotykają na tajnych kompletach dwie grupy ludzi. Jedni przywożą tu na sprzedaż swoje zioła, miody, chleb i polędwice, drudzy zbiegają się, by wszystko to nabyć, wrzucić do aut i dyskretnie czmychnąć.

Ukradkiem, na uboczu, w podrzędnym parku dwumilionowej stolicy tworzy się świat wymiany towarowej podobny do tego, który z przytupem i hałaśliwie wyłazi ze wszystkich zakamarków najmniejszych nawet miasteczek w Italii.

LeTarg z Saskiej Kępy, Forteca, czy kilka innych maleńkich punktów na mapie Warszawy, w których sprzedaje się dobrą żywność prosto od producentów, to przecież i tak cymes w porównaniu do wielu polskich miast, w których tradycję drobnego handlu zwyczajnie wytrzebiono.

To zdjęcie pochodzi z niewielkiej mieściny we włoskiej Apulii, już nawet nie pamiętam, gdzie je zrobiłem. Ściana przeciętnego domu:

Fot. Butelki z Albe2

Na włoskiej prowincji handlują wszyscy. Ktokolwiek ma smykałkę do handlu lub jej nie ma – jeśli produkuje na swoje potrzeby kilkadziesiąt/kilkaset słoików z oliwkami, przecierami i konfiturami rocznie, zawsze dużą część własnej produkcji sprzedaje. Wystawia przed dom, oddaje sąsiadowi do jego sklepu, oferuje w Internecie – sprzedaje nadwyżki. Zwróci im się za słoiki, za robociznę, za surowiec, trochę zarobią, czasami stracą, to jest biznes, tu wszystko jest możliwe.

Inni z tych drobnych, domowych specjalizacji tworzą własne manufaktury. Latami, systematycznie, cierpliwie – budują rodzinną markę. Używają własnego nazwiska, promują je jako markę, tworzą swoją legendę i powoluteńku zdobywają rynek, a wszyscy im w tym akcie tworzenia sekundują. Od władz miasta po rząd. Każdemu z tym mikrobiznesem po drodze. Każdy wie, że wszystkim się to opłaca.

A tu? Jakby można było dopaść i skasować założycieli LeTargu – pod byle pretekstem – to by dopadli i skasowali. Jakby się dało zamknąć wszystko, co nie jest wielkoformatową galerią, to już dawno byłoby zamknięte. To, co Włosi pielęgnują i z czego żyją, w Polsce bywa na cenzurowanym. Warszawskie Stare Miasto jest drętwym, przepełnionym drogimi knajpami monstrum turystycznym, a nie żywą dzielnicą, w której kupiec przy kupcu, kamienica przy kamienicy, brama w bramę wystawia się najpiękniejsze okazy własnej przedsiębiorczości.

Czy kobiety w Polsce nie potrafią marynować owoców, pomidorów, papryki? Czy mężczyźni nie potrafią tworzyć nalewek, miodów pitnych, śliwowicy, domowego wina z owoców, cydru? Czy nie można błysnąć prosto na ulicy polską żurawiną, oliwą, kaszą, koszami ziół? Albo żytnim chlebem z ziarnami słonecznika, serem i szynką?

Niewielkie miasteczka w dolinie Dordogne we Francji mają od wiosny do jesieni całodzienne targowiska z lokalnymi produktami – w centrach miast, w wąskich uliczkach. Turyści to uwielbiają! W centrum starego miasta we Freiburgu w Niemczech można kupić genialne lokalne sery i wędliny. W północnych Włoszech – przeurocze wyroby z czekolady, z której wykonuje się imitacje wszystkich przedmiotów domowego użytku, od nożyczek i młotków po klamerki do bielizny – spatynowane, postarzone, wyglądają jak dzieła sztuki! Ustawiają się po nie kolejki, ludzie robią zdjęcia, każdy chce kupić, mieć, zabrać z sobą do domu.

Fot. Freiburg

TU PACZ! W centrum Warszawy łatwiej kupisz szalik Legii  niż słoik małosolnych ogórków, kiszonych na Pradze i świeżo dowiezionych na stoisko. I umówmy się: Warszawa to tylko symbol tego mechanizmu… Stracisz pieniądze na pizzę z włoskiej kuchni i francuskie bagietki, a po kawałek prawdziwej wiejskiej polędwicy z komina musisz pojechać na schowany w parku targ – czynny raz w tygodniu. W porcie w Kołobrzegu świeżych ryb nie kupisz: port jest dla turystów, którzy marzą o półgodzinnej wycieczce w morze statkiem „Pirat” i dla amatorów plastikowego badziewia spod znaku Rumcajsa i Kapitana Z Czarną Opaską Na Oku.

Może jeszcze tylko polscy górale wiedzą, jak zrobić biznes na miejscowych produktach. Ale na Lubelszczyźnie? Na Podlasiu? Musisz trafić na festiwal zdrowej żywności albo dożynki: w sklepach nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, by urządzić stoisko z lokalnymi produktami. Standard nawet w supermarketach skomercjalizowanego do bólu Paryża czy Rzymu.

Ta handlowa drętwota i umiejętność sprzedawania wyłącznie chińskiego badziewia o pseudoturystycznym znaczeniu odbija się czkawką wszystkim, od krajowego producenta żywności przez drobne firmy handlowe i kończąc na skarbie państwa, który żyje z podatków od obrotu.

To czyni Polskę jałową, zamkniętą na dzieła własnego dorobku, własną kulturę gospodarczą. Czyni nas krajem pizzy, spaghetti i kebaba – których nie potrafimy robić – i krajem podróbek z importu, tandety, która udaje egipskie muszle, orła białego, papieża, afrykańskie rzeźby i hinduskie ozdoby na rękę. Nic własnego, nic od siebie. 

Do góry