Maghreb trochę daleko od Maroka

08-06-2013, 09:00
Kategoria: 

Maghreb trochę daleko od Maroka

Nie chcę zrzędzić, bo może zbyt mocno czekałem na pojawienie się tej restauracji, ale… pozrzedzę. Trudno się cieszyć z marokańskiej knajpki, gdy trafiając do niej dostaje się w ofercie dwa dania. I co z tego nawet, że dość dobre…

Ulica Burakowska w Warszawie ma szczęście do dobrych pomysłów kulinarnych i klimatu, który tworzą nie tylko wnętrza podwórza otoczonego murem i loftami, wyłożonego brukiem i pięknie zazielenionego, ale i same koncepty handlowo-gastronomiczne. To już miejsce kultowe, bajkowe.

Mało kto wie, że na jego zapleczu, po drugiej stronie wysokiego muru nieśmiało zaczyna się tworzyć enklawa dobrych zdarzeń, z pierwszym w tej dziwnej scenerii kolorowym przybytkiem – restauracją Maghreb. Sceneria jest dziwna, wypełniają ją szarobure stare warsztaty, walące się garaże, sklep z wojskowym wyposażeniem, stolarnia, pozostałości po zakładzie poligraficznym, dwa niewielkie placyki… Już samo przejście tą uliczką jest niepowtarzalne… Klimat jak ze starej Warszawy albo z przedmieść arabskiego miasta.

Fot. Mar7

Może właśnie dlatego pojawia się tam marokański koncept? Może przez to nawiązanie do niewydarzonej scenerii, Maghreb ma być kulinarnym strzałem w dziesiątkę? Czy będzie? Na razie daję mu żółtą kartkę ostrzegawczą… Dlaczego?

TU PACZ TERAZ! Restaurację otwarto kilka dni temu. Gdyby to był mój projekt, byłbym przygotowany na wszystko: od najazdu Hunów po kompletną klapę. Ale jednego w mojej restauracji pewnie by nie zabrakło: jedzenia. Pytam o tajine z jagnięciny – nie ma, o tajine z kurczakiem i marynowanymi cytrynami – nie ma, o sardynki z grilla – nie ma. Będą albo właśnie się skończyły. Mogłem przyjść wcześniej, albo powinienem przyjść dzisiaj, nie wczoraj, bo w sobotę wieczorem będzie impreza inauguracyjna. Choć Maghreb działa od 3 czerwca.

Trochę to nie fair wobec klienta. Ale załóżmy, że pierwsze koty za płoty i że pierwsze dni dają prawo do błędów. Zamówiłem tajine z kurczakiem i pieczonymi śliwkami – sensacji nie było, choć nie narzekam, za to berberyjski chlebek (na pszennej mące) naprawdę wyśmienity. Bardzo dobra miętowa herbata, choć właściciel restauracji czeka jeszcze… na czajniczki.

Fot. Mar2

Fot. Mar6

Niestety, nie przekonało mnie wnętrze. Trochę zanadto pod „turystyczną wersję Maghrebu”, z kocykami na siedziskach, które trudno by znaleźć w północnej Afryce, i z poduszkami – warszawskimi podróbami.

Fot. Mar_kolaz1

Myślałem, że znajdę charakterystyczne dla wielu barów Maroka czy Tunezji kafle z orientalnymi wzorami na kuchennych ścianach, że może choć w toalecie trafi się coś, co przykuwa wzrok w marokańskich knajpach na prowincji, czyli kolorowa glazura – ale nie. Jedna ściana w kilka barw emulsyjnej farby, reszta ścian w sterylnej bieli, nazbyt to takie uładzone, grzeczne, turystyczne.

Tak wyglądała jedna z wielu restauracji w prawdziwym Maroku:

Fot. Mar10

A tak wygląda w Maroku warszawskim:

Fot. Mar8

Czuję lekki zawód, bo miałem nadzieję, że będzie to moja ulubiona miejscówka, ale chyba poczekam aż się zestarzeje, nabierze patyny, aż zjadą ją lub pochwalą najwięksi kulinarni recenzenci i wtedy wrócę po raz drugi.   

Do góry