King, czyli wszystko już było!

13-06-2013, 09:00
Kategoria: 

King, czyli wszystko już było!

Jeśli to prawda, że człowiek na stare lata w pewien sposób dziecinnieje, a powrót do klimatów z młodości nadaje sens życiu, które nieuchronnie zmierza do finału, to dobijający siedemdziesiątki Stephen King – mistrz literackiego horroru – jest kresu bliżej niż dalej.

Gdzie podział się ten niewiarygodny artysta strachu, który jak glob okrągły, długi i szeroki bawił i wzruszał, zabierając nas w podróż do serca Ameryki, do dziwacznego stanu Maine, którego nigdy nie porzucił?

Napisał niedawno w Gazecie Wyborczej Łukasz Orbitowski, że książki Kinga seryjnie wzburzały obrońców moralności. Ale gdy światowy przerażacz numer jeden złagodniał, jest jeszcze lepszy.

Otóż niekoniecznie! Bo kiedy z wypiekami na twarzy kupujesz kolejną powieść Kinga, zżera cię ta nadzwyczajna kingowa ciekawość – co tym razem? I kiedy odsuwając ten niezwykły, ekscytujący moment w czasie, żeby frajdę mieć w zasięgu ręki, zaczynasz wreszcie lekturę – żądasz podróży, jakiej jeszcze nie przeżyłeś! Oczekujesz emocji najwyższych, suspensu z górnej półki. To przecież King, on nie zawodzi!

Tymczasem „Joyland”, najnowsza  książka Stephena Kinga, jest ledwie minipowieścią, a wątki i pomysły tak w niej zgrane, że aż trudno oprzeć się wrażeniu – wszystko to już było.

Stefek! TO WSZYSTKO JUŻ BYŁO!

Oczywiście!, krzykną wyznawcy, przecież  tak naprawdę ten  pisarz wciąż opowiada tę samą historię, musimy być na zapyziałej amerykańskiej prowincji, musimy być w latach sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych, musimy być w pustym hotelu („Lśnienie”) lub w nowo kupionym domu („Smętarz dla zwierzaków”), albo w śnieżnych zaspach z dala od cywilizacji („Misery”). Ewentualnie możemy być w szkole pełnej wrednych dzieciaków naszpikowanych uprzedzeniami i nietolerancją („Carrie)... Wyznawcy wiedzą, że można by tak długo jeszcze wymieniać, wszak sam jestem wyznawcą.

Tyle, że King stracił świeżość, zupełnie jakby na przekór bohaterowi ostatniej swojej książki, bo Devin Jones to, jak można sądzić, alter ego młodego Kinga: chłopak ma 21 lat i kompleksy, jakie może mieć młody wrażliwiec, gdy rzuca go dziewczyna.

Fot. Joy_mapa

Dev po wakacjach ma rozpocząć studia, tymczasem jednak zaczyna pracę w dość podrzędnym lunaparku w Karolinie Północnej. Ameryka pozwala jeszcze na palenie papierosów w miejscach publicznych, Disneyworldy dopiero szykują się do skoku, przyjaźń ma sens, a kobiety są słodkie i nieosiągalne. I niby wszystko jest w tej historii, jak powinno – bohater, którego lubimy i któremu kibicujemy, w tle mroczne zabójstwo (żeby jedno!), prawdziwa przyjaźń, zauroczenie starszą kobietą, to jednak… czegoś mi tu brakuje.

TU PACZ! Może rzeczywiście trzeba poczekać na zapowiadaną na jesień kolejną książkę? O powieści  „Doktor Sen” słychać, że jest  kontynuacją „Lśnienia” – może więc zaczekajmy z ocenami?  Może King wciąż zbiera się po wypadku samochodowym, który ledwo przeżył? Może „Pod kopułą” i „Dallas 63” wyczerpały jego moce twórcze?

Stephen King miewał już słabsze momenty, kiedy Joan Rowling wyskoczyła na szczyty list bestsellerów, a on ze zmiażdżonym płucem i nogą w kawałkach leżał na OIoMie, kiedy wściekał się na nieudane ekranizacje, kiedy pił do utraty przytomności, kiedy pracował nad „Mroczną wieżą”, którą nie wszyscy pokochali , bo nie wszyscy zrozumieli jej głębokie przesłanie. Zawsze się jednak podnosił, wierny żonie Tabithcie, (to ona wyjęła z kosza na śmieci „Carrie” – pierwszą książkę Kinga), wierny życiu z dala od zgiełku wielkich miast, wspinający się, jak na amerykańską legendę przystało, ze szczebla na szczebel popularności, bogactwa, uwielbienia.

Ciekaw jestem, co chodzi po głowie facetowi, który wymyślił te wszystkie nieprawdopodobne historie, w których odnajdujemy siebie, swoje marzenia, sny i emocje? Jak musi się czuć gość, który dzierży coś w rodzaju rządu dusz? King napisał ponad 60 książek i przeprowadził nas w nich w poprzek i wzdłuż historii Stanów Zjednoczonych, ale przecież także przez historię muzyki rockowej, zabrał nas do wnętrza samych siebie, zaproponował grę emocjami.

Mam nadzieję, że „Joyland” to taka międzyksiążka. I łudzę się, że stary, dobry King jest jak wino, że jeszcze mnie zaskoczy, i obiecuję tu odszczekać wszystko, co napisałem na nie.

Tylko, do jasnej cholery, jak można napisać kontynuację „Lśnienia” bez Jacka Torrance'a?! Przecież gość zamarzł w śnieżnym labiryncie? Chyba, że Danny, młody Torreance, nie jest już taki młody...REDRUM

PS. Nooo doooobrze, ta międzyksiążka ma też jakiś swój urok. King wciąż wierzy w przyjaźń i w sens wzajemnego wsparcia. Więc – mimo wszystkich zastrzeżeń – krzepi.

Fot. Stephen_king_Joyland

Tagi: 
Do góry