Chała tysiąc lat po Ziemi

20-06-2013, 09:00
Kategoria: 

Chała tysiąc lat po Ziemi

Nauczyłem się dzięki temu filmowi jak robi się bypass na tętnicy udowej. To proste. Bierzesz plastikową rurkę i jeden koniec wkładasz do jednej końcówki żyły, a drugi do drugiej. Jeśli jest „1000 lat po Ziemi”, to takie numery nikogo nie dziwią. Zwłaszcza, gdy Ziemia ma się całkiem dobrze.

Ojciec – Cypher Raige (w tej roli Will Smith) i jego syn Kitai (w tej roli Jaden Smith, syn Willa), lecą kosmicznym statkiem na planetę o jakiejś wymyślnej nazwie, a ponieważ ich statek ma wielką awarię, muszą lądować – jakżeby inaczej – na Ziemi.

Nasza kochana planeta jest już od tysiąca lat niespecjalnie nasza: sami ją zniszczyliśmy. Nie ma ludzi, są jedynie (przynajmniej tyle udało mi się zobaczyć) dzikie pawiany, latające wysoko klucze ptaków, nisko latająca żmija, monstrualne orły i szakalo-hieno-tygrysy. Oraz pająk i jakaś forma jadowitej pijawki, która na moment obezwładnia Kitaia. Ale poza tym – Ziemia za tysiąc lat wygląda nieźle. Lasy i drzewa jak w Puszczy Białowieskiej, a góry jak góry, i tak Tatrom nic nie dorówna.

Jak to bywa w familijnym kinie – gdzieś w oddali (coraz bliżej! ) czai się jeszcze samo zło, czyli potwór, który reaguje na ludzkie feromony wydzielane w stanie strachu. Gdy się nie boimy, potwór (Ursa) kompletnie nas nie widzi. Czyli – od początku filmu jest nadzieja. Że jak się główny bohater nie zlęknie Ursy, to przeżyje.

Chłopaki (ojciec i syn) lądują dość nieszczęśliwie, ginie załoga i na całej Ziemi zostają tylko oni dwaj – jeśli nie liczyć Ursy, którą w swoim kosmicznym statku transportowali. Will jest kontuzjowany, złamał obie nogi, cała więc nadzieja w synu: Jaden, rusz dupę, ratuj ojca! A Jaden musi znaleźć nadajnik, który wezwie pomoc.

Obaj są w dość komicznych relacjach. Stary jest generałem, a młody, wpatrzony w niego, pragnie zostać kadetem i walczyć z Ursami. W domu po każdej wypowiedzianej kwestii zwraca się do ojca „Yes, Sir!” – jak to w porządnej amerykańskiej rodzinie tysiąc lat po upadku Ziemi.

Fot. t_kolaz

Ten film ma oczywiście swoją akcję. Ma bardzo dobre efekty specjalne, sceny walki z potworem, loty nad wodospadami kilometrowej wysokości – jest bajką, jak kino familijne długie i szerokie: ma być w tej konwencji konsekwentny i jest. Ale jest też do spodu przewidywalny. Do bólu trywialny w dialogach. Widzimy przemianę w ojcu – unieruchomiony Will musi zdać się na siłę i zdolności poniewieranego wcześniej syna – niechęć przeradza się w dumę i w powracającą miłość. I to jedyny humanistyczny wątek tej opowieści.

Widzimy wędrówkę chłopca po opustoszałej Ziemi i zastanawiamy się: co nam po tym filmie zostanie? Jak będziemy go wspominali? Otóż nijak. Opowiastka jakich wiele, nakręcona za ciężkie miliony dolarów i już, jak wieść niesie, będąca największą komercyjną porażką Willa Smitha. Film przynosi klapę na Zachodzie, choć na wczorajszym seansie w Cinema City – jak nigdy! – widziałem kino wypełnione w jednej trzeciej. Ale może dlatego, że w środę bilety są po 14 złotych…

TU PACZ! Chyba szkoda czasu. Miała być wielka, światowej klasy superprodukcja, a jest miałkie kino, z przewidywalnym scenariuszem, ze zwrotami akcji, które nie są zwrotami, z dużą ilością komputerowej postprodukcji i iście amerykańskimi dialogami.

Jedyne co mnie zachwyciło, to fakt, że Kitai i jego siostra czytają wypożyczonego z… muzeum „Moby Dicka”. Szkoda, że nie czytali „Potopu” – tam przynajmniej więcej się działo.

Zwiastun tego badziewia:

PS. Ale muszę ci powiedzieć, że zajrzałem po filmie do salonu Sony, gdzie na ekranie gigantycznego telewizora klasy 4K emitowano właśnie fragmenty „1000 lat po Ziemi”. Noooo… cholera, jeśli chodzi o jakość obrazu, to po prostu oniemiałem. Niezwykła.

Do góry