Wielki beznadziejny Gatsby

20-05-2013, 09:00
Kategoria: 

Wielki beznadziejny Gatsby

Rozciągnięty jak majtki teściowej: modlisz się, by wreszcie był koniec! Nie wzrusza. Nie wciąga. Nie budzi żadnych emocji. Nudny i przewidywalny, jak polscy politycy. Dawno już nie pokazywano takiej chały z tak gigantycznym zadęciem.

Fot. ga5

Nużący, słaby „Wielki Gatsby”. Aż przykro patrzeć, gdy reżyser Baz Luhrmann przez prawie dwie i pół godziny gwałci dzieło Francisa  Scotta Fitzgeralda, usiłując pokazać nawet jedynie show i blichtr amerykańskich lat 20., a nie dramat dwojga młodych ludzi. To, co było melodramatyczne, jest kiczowate i brokatowe. To co miało wciągać, drażni wskutek manierycznej narracji głównego bohatera.

Lata 20 minionego stulecia, Nowy Jork, szalone przyjęcia, prohibicja, gangsterskie fortuny. Znakomite tło dla dobrego dramatu… Nick Carraway (zimny Tobey Maguire), młody makler, mieszka w sąsiedztwie człowieka, o którym krążą miejskie legendy. W jego domu niemal codziennie odbywają się huczne rauty na miarę uczt Cezara – jest alkohol, są kobiety, jest jazz, rozpusta, wielkie kreacje i pieniądze. Nick poznaje sąsiada: w zasadzie to  Jay Gatsby (DiCaprio) poznaje Nicka, zapraszając go na wielki bankiet. Ma w tym cel…

Fot. ga1

Ta opowieść toczy się na dwóch planach – widzimy fascynację Carrawaya, który staje się powiernikiem największych tajemnic Gatsby’ego oraz historię wielkiej miłości łączącej milionera z Daisy Buchanan (Carey Mulligan) , żoną majętnego Toma. Narratorem jest Nick – jego opowieść niestety zabija ten film, skutecznie eliminując wszelkie emocje. Nudny facet w nudny sposób opowiada nudną historię.

Reżyserskiej nonszalancji przypiszmy formułę tego dzieła – kostiumy i wnętrza z epoki obudowane są hiphopową muzyką i ostrym rykiem silników starych (pięknych, a jakże) samochodów. Blichtrowi dawnych balang towarzyszą cyfrowe wizualizacje Nowego Jorku. Konfetti i szampan pokrywają ekran w formacie 3D; blask i przepych amerykańskiego stylu życia w tej technologii wydają się być jeszcze bardziej kiczowate, sztuczne i udawane.

Niczemu w tym filmie nie wierzę. Plenerom, bo film kręcono w Australii. Wzruszeniom Leonardo DiCaprio, jego rozterkom, fascynacji Tobeya Maguire’a, ani nawet łzom Carey Mulligan. Wszystko jest plastikowe, wypłukane z prawdziwej wrażliwości, przepełnione nadmiarem efektów. Cyfrowa epoka produkuje cyfrowe emocje, nieudolnie nawiązując do książkowego, pokrytego patyną oryginału. Fitzgerald wyskoczył z grobu, widząc to tandetne show.

Fot. ga2

TU PACZ! Jeśli cokolwiek w tym filmie włącza myślenie, to skojarzenie dwóch nihilizmów – tego, który przybliżał Amerykę do kryzysu lat 30. i tego, który towarzyszył jej, gdy pękała bańka mydlana internetu, przenosząc się cichcem na niedawne wydarzenia – kiedy szedł w ruinę system bankowy. I wtedy, i w ostatnich latach – orkiestra na Titanicu grała do końca: nikt nie wyciąga wniosków z przeszłości, nikt się nie uczy na własnych lub cudzych błędach. Tak, to jedyna refleksja, jaką miałem po tym filmie.

A główny wątek? Potęga miłości? Namiętność? Melodramat? Liiiiipa…

DiCaprio, jako owładnięty histeryczną miłością wobec dawnej ukochanej, kupuje dom po drugiej stronie zatoki, dokładnie naprzeciw rezydencji Buchananów, wpatrując się w zielone światełko na jej pomoście – jedyny symbol nadziei – kicz! Wiara, że wszystko można odwrócić, że można cofnąć przeszłość, wejść z powrotem w ten sam stan dawnej miłości, zresetować pięć lat rozstania – naiwność. W najważniejszej próbie, ciśnienia nie wytrzymuje jednak zarówno on, jak i najdroższa. Wszystko się wali, wszystko umiera, szkoda...

Szkoda, cholera, że tak późno.

Żal, że męczą nas sobą przez 142 minuty. Że nie budują choćby minimum zainteresowania, współczucia, akcji. Mały ten „Wielki Gatsby”, przeraźliwie mały. Szczęśliwie – wstyd jest niewielki: popołudniowy seans w Cinema City, a ja znów siedziałem sam w półtysięcznej sali… Nie poprawiaj im tego wyniku, szkoda czasu.

Zwiastun jest lepszy niż cały film. 2,5 minuty, tyle wystarczyło, by opowiedzieć tę historię:

Do góry