Szczęśliwie, rabarbar jeszcze nie jest w proszku. Chyba.

21-05-2013, 09:00
Kategoria: 

Szczęśliwie, rabarbar jeszcze nie jest w proszku. Chyba.

Placek z rabarbarem… Ktoś jeszcze pamięta ten smak, zapach, ten miód w gębie? A jabłka zrywane prosto z drzewa jabłoni, papierówki? A podkradane w sadzie czereśnie? A marchew wyrywaną z grządki na ogródku, ledwie opłukaną pod wodą z konewki i zjadaną na pniu, na miejscu? A porzeczki, z krzaka? A jeżyny, z lasu?

Z niedzielnej uczty został mi na poniedziałkowe rano domowy placek z rabarbarem, ostatni kęs – celebrowany jak delicja, przypominający młode lata, odwiedziny u babć i wujostwa na wsi, smakujący jak kiedyś. Czyli bosko.

Mam smutne wrażenie i chyba jednak pewność, że taki świat – świat prostych doznań i małych radości – odchodzi gdzieś w niepamięć. Że tak, jak dzieciaki nie wiedzą dziś jak naprawdę, z bliska, wygląda krowa czy kura, tak i my sami odkładamy na półki dawne smaki, rytuały, pomysły na życie. To się przestało mieścić w naszej cyfrowej rzeczywistości, tego nie pokazują w serialu, w Wikipedii i na portalach randkowych, tego nie ma w obiegu, nie ma w proszku, z pudełka, z torebki.

Widziałeś/widziałaś gdzieś placek z rabarbarem w proszku? Dzięki Bogu – ja jeszcze nie, ale może nie szukałem zbyt głęboko…

I tak jest z wieloma rzeczami, wspomnieniami. Moje o poranku podkradzione czereśnie – z sadu sąsiadów – smakowały nieziemsko! Po papierówki właziłem na drzewo, choć były jeszcze nienormalnie kwaśne, ale kto by tam czekał aż lekko zżółkną: w tym ich kwasie była prawdziwa siła! A kalarepa? Obierana scyzorykiem (przecież kto by tam mył scyzoryk!) i zjadana z miliardem bakterii – miała smak pierwszorzędny i jedynie spłukana wodą marchew mogła się z nią równać.

A pomidory z krzaka? Wycieraliście pomidory w spodnie czy w spódnicę? Mama mówiła: to chociaż wytrzyj, jeśli nie masz gdzie umyć… Ale jak myć, kiedy jeść się chce? Ogórki? Podobnie, choć do ogórków potrzebna była sól, ale kiedy chciało się coś wrzucić na ruszt, to i bez soli były boskością. Eeech, te lata. Morele i brzoskwinie – z drzewa. Winogrona – bez płukania, choćby ślady pajęczyn i kurzu zasłaniały kolor, ale kto by tam! Chleb – do łapy – i na podwórko!

TU PACZ TERAZ! Popołudniowa scena, żywcem z wielkomiejskiej ulicy. Młoda mama idzie z trzylatką, dziecko jak z żurnala, ubrane w sukieneczkę bez ramion, bo to jeszcze przed burzą, matka zatrzymuje córkę i z przerażeniem pyta:

Amelia! (Teraz wszystkim dają na imię Amelia!) Co ty masz na ramieniu, dziecko? Takie sine? Ktoś cię szarpał? Przewróciłaś się?

Nie wiem – przyznaje mała. – Nic nie było.

– Jezu, kurwa, jaki siniak! Dziecko ty moje! Kto ci to zrobił? W przedszkolu?!

Dialog jest autentyczny. Siniak na centymetr kwadratowy. A kurwa na cały chodnik.

Obstawiam: dziś od rana trwa śledztwo, kto zrobił Amelce kuku i jakim prawem. Nie do pomyślenia, żeby siniak, żeby w przedszkolu, żeby dziecku! Nie do pomyślenia, żeby rabarbar, żeby z pola, żeby bez mycia, żeby scyzorykiem, żeby  na drzewo, żeby bez obierania, żeby nie z proszku…

Tu: rabarbarowe szaleństwo w obiektywie Joli Lipki. Polecam jej blog!

ra6

Ra2

Ra3

Ra4

Ra5

Do góry