Świetlica na zamku pośród betonowej pustyni

04-05-2013, 09:00
Kategoria: 

Świetlica na zamku pośród betonowej pustyni

Przypadki chodzą po ludziach – stwierdziłem podczas pobytu w Poznaniu. I zafascynowałem się ponownie wielką starą budą, o której lata temu myślałem, że nigdy już nie będzie miała magnetycznego charakteru i na szczęście – mocno się zawiodłem. Pozytywnie mocno.

Ta stara rudera, którą znam sprzed tysiąca lat – Centrum Kultury Zamek – nie tylko wyładniała od zewnątrz, ale do tego jeszcze kompletnie zmieniła wygląd wnętrza. W pruskie mury wepchnięto – o zgrozo, że też mieszkańcy nie organizują akcji protestacyjnej! – modernistyczne, minimalistyczne, surowe aranżacje. Jest czysta, luksusowa szarość pozbawionego połysku kamienia, szkło, metal, matowe tynki i w kontrapunkcie (co uwielbiam) silne, czerwone akcenty. Jest szklane atrium z piękną antresolą, niezwykła Sala Wielka, nawet recepcja taka, że głowa boli: czerwona, piękna, jakby nie z tego świata.

Miód-malina. W dwóch słowach.

Obejrzałem wystawę World Press Photo, a że w części antresoli ktoś urządził przesympatyczną kawiarnię, którą nazwano Świetlica, usiadłem do małej kawy i…

Świat jest jednak mały! Kawiarnię założył i prowadzi syn mojego serdecznego przyjaciela sprzed wielu lat, dziś już dorosły, dzieciaty mężczyzna… Kolejny freak, któremu zachciało się spróbować swoich sił w gastronomii. Brawo, trzymam kciuki, panie Borysie.

Jaki jest modernistyczno-brutalistyczny smak Świetlicy? Miękki, wyrazisty, przyjemny. Podają nie tylko kawę, ciasta domowe, tarty i dziesiątki drinków (w tym lokalne pomysły, ostrzegam!, Bamberka grasuje), podają też krem z białych warzyw i glazurowaną rzepą. Szarżują ze zmieniającymi się smakami zup (od cebulowej przez kapuśniak aż po jajeczno-cytrynową, tajską i koperkową), co puryści uznaliby za gastronomiczny skandal i brak pozycjonowania (buuueeeee), a mnie się baaardzo podoba, bo czyni to miejsce zaskakującym każdego dnia.

Ale zawsze, tak więc i w Świetlicy, jem także oczami i nie tylko dania kucharskie… W tym miejscu jest… po prostu i po krzywu: klimatycznie. Ten surowy minimalizm w wielkim carskim pałacu dodaje kawiarni niezwykłego kolorytu i sprawia, że chce się tam spędzać czas. Nic zresztą nie goni, nie wygania, zero pośpiechu, można poczytać prasę, miejsc jest sporo, a w pobliżu, na wyciągnięcie ręki – wystawy, teatr, zawsze nowi ludzie… Jest klimat odmienności, który warto hołubić.

TU PACZ! To nic, że ulica Święty Marcin dawno już umarła, to nic, że na placu przed Zamkiem zamiast stać kawiarniane stoliki – stoją samochody, a zamiast tętnić życie – tętni jakieś głupie przekonanie, że do miejsca kultury trzeba wjechać furą, bo podejść pieszo się nie da. Poznań tak ma, psuje swoje najfajniejsze miejsca, ale to na szczęście nie mój problem: jestem rzadko, oceniam rzadko, mam dystans, tym bardziej więc cieszą mnie nowe, ciekawe pomysły. Na placu przed zamkiem zmieściłoby się z pięćset leżaków, latem powinna to być wielka plaża i letnia tancbuda; tancbudy stawia się jednak nad Wartą, z prywatnej inicjatywy, a intelektualną wartość miejskiego ducha lokalne władze przeniosły na stadion. Może i dobrze.

Borysowi Świetlicy szczerze gratuluję. Nie spróbowałem pomidorowej, bo wyszła, ale jak kiedyś przyjdzie i będę, to spróbuję.

I jeszcze jedna uwaga na koniec, taka zupełnie marginalna: mają tam nieziemsko piękną ścianę z czerwonego sztucznego tworzywa. Bajkowe wrażenie – widzieć w niej odbicia atrium, antresoli, schodów i przechodzących ludzi. Dla samych ścian, warto wpaść.

swi3

swi2

swi4

swi5

swi7

Do góry