Spotkałem nawet szczęśliwych Aktorów (1)

15-05-2013, 09:00
Kategoria: 

Spotkałem nawet szczęśliwych Aktorów (1)

Od ponad dwudziestu lat razem, w jednej grupie. Zaprzyjaźnieni, połączeni już nawet nie tylko wspólną pasją i nie tylko wspólnotą aktorskiego zawodu, ale relacjami, które mieszczą się gdzieś w obszarach metafizycznych. Bez etatów, czasem na wozie, czasami pod wozem, raz klepią biedę, a raz cieszą się z grantów. Zakochani w tym co robią, pogodni. Kiedy trzeba – odgruzowują okolicę, sadzą drzewa, malują płot. No i ćwiczą, grają, stroją miny.

Fot. A1

Opowieść o Teatrze Akt powinna rozpocząć się przed lustrem. Lustro sprawdza twarz i całokształt. Agnieszka przesuwa perukę, mocuje kapelusz, mocniej zaciska gorset. Marta poprawia pas i zamaszystą spódnicę. Tomek głębiej na czoło przesuwa kowbojski kapelusz, ustawia okulary. Wszyscy tu mają okulary!

Fot. A2

W poszukiwaniu strojów penetrują lumpeksy, targowiska – najlepiej było chyba wtedy, kiedy działał Stadion Dziesięciolecia: buty na kilogramy, stare bibeloty, pióra, stroje z każdej epoki, wszystko. Sporo kupują na wyprzedażach, dostają od znajomych, przyjaciół, kupują za grosze w teatrach, gdy te likwidują zasoby własnych garderób i zaplecza.

Od trzech lat mają własną salę prób, małą scenę, własne miejsce. Łaziebna 9, Warszawa – nie pytaj mnie gdzie to jest, tego miejsca nie ma, w GPS nie istnieje, choć przecież jest. Chaszcze, ścieżki, rudery, pustostany, wszędzie dookoła tory Olszynki Grochowskiej, małe jeziorko, resztki niemieckiego obozu, niedaleko więzienie, asfalt na słowo honoru i poniemiecki beton twardy jak skała, wysypiska gruzu i śmieci, stare dachówki, kilku wspaniałych sąsiadów, choć prostych lumpów. Jakby ktoś pytał: to jeszcze Warszawa. Praga Południe, rzut beretem do Rembertowa.

Tu się kampanii wyborczej nie robi i tu się nie zagląda, gdy jest się władzą, bo nie ma po co. A szkoda, bo teren to niezwykły, wraz z jeziorkiem nadaje się na podmiejskie błonia, planty, plażowiska, trochę dzikie, ale klimatyczne. Mógłby tu być park, centrum plenerowej kultury, miejsce spotkań. A jest nic. I jest teatr.

Fot. A_kolaz

Siadamy najpierw do mocnej jak cholera kawy. Marta klei taśmą maleńki kuferek – okucia trzeba przemalować na stare złoto, kto ma to zrobić, jeśli nie oni? Agnieszka pełni rolę nieformalnego menedżera: za chwilę próba, mierzenie strojów, w czwartek teatr rusza w stołeczny plener, klimat steampunkowy, mieszanka strojów i gadżetów z epoki z undergroundem.

Kolory… Kolory są ważne! Z przekory pokazuję ich dzisiaj monochromatycznie, w czerniach, szarościach i w bieli – kolory będą na deser, jutro. Kiedy siedzimy na pniakach przed teatrem, przy kawie, i właściwie na nic nie  narzekamy, bo i tak wiadomo, jak jest, mam wrażenie jakbyśmy znali się sto lat. O dzieciach, o życiu, o wolności i niepokojach. O szwindlach też, ale rzadziej – oni są trochę ponad rzeczywistość, są z offu, mają własną historię, powinni być jedną z ikon tego miasta, a ciągle na marginesach, na uboczu. Gwiazdka z koneksjami jest dziś ponad ich dwudziestoletnią karierą. Reżyser z nazwiskiem, choćby nic nie robił i wypalił się pół wieku temu, ciągle będzie na topie.

A oni? Aktorzy, mimowie, szczudlarze, zabawiacze gawiedzi w plenerach, wolni artyści, poszukujący twórcy, bywalcy europejskich festiwali, uciekinierzy, podróżujący w czasie i przestrzeni, zagubieni trochę…

Wygrają z kimś, kto ma gębę? Plecy?

Wygrają! Są lepsi po stokroć. Ale wolą gombrowiczowską bitwę na miny niż koneksje.

Jutro: kolory, plener, drzewo obsiadłe aktorami i te ich szczęśliwe w słońcu miny. I zaproszenie. A dziś jeszcze czarno-białe migawy…

Fot. A3

Fot. A4

Fot. A5

Fot. A6

Do góry