Pomóc i wykorzystać, czyli o pożytku ze sportowca

26-05-2013, 13:53
Kategoria: 

Pomóc i wykorzystać, czyli o pożytku ze sportowca

Trudno nie nawiązać do wczorajszego meczu, choć może należałoby napisać o koncercie Beyonce – ale to jednak nie moja stylistyka… Za to mecz! Całe piękno futbolu, cała szachowa poezja tej gry! W zalewie pochwał mam tylko jedną wątpliwość: czy umiemy zrobić użytek z faktu, że NASI TAM BYLI?!

Jest coś fenomenalnego w sposobie traktowania przez polskich kibiców klubu z Dortmundu. Niby tylko trzech Polaków, mocno już osadzonych w niemieckich realiach, a jednak sympatia wprost wylewa się z treści rozmów, z mediów, z Internetu. Choć może w tym ostatnim medium wielkość zachwytu jest proporcjonalna do skali hej tu: rzadko który piłkarz tej klasy, co Robert Lewandowski ma tylu walących w niego „fanów” – pewnie lepszy jest jedynie Christiano Ronaldo.

I co Robercik, dałeś wczoraj dupy, co? Jak nie umiesz drewniaku strzelać, to się nie zabieraj! – napisał kristo na forum gazeta.pl. I był to bardzo łagodny komentarz. Kristo by wiedział, jak strzelić, jest przecież jednym z 38 milionów najlepszych polskich piłkarzy, trenerów, lekarzy, polityków i kierowców. Jednym z tych, którzy zawsze-wszystko-by-lepiej.

Najbardziej pechowy piłkarz świata, Arjen Robben, strzela bramkę w 89 minucie. Dwaj doskonali bramkarze bronią jak natchnieni, by jednak ulec i wpuścić karnego i dwa farfocle. Borussia miażdży rywala przez pierwsze 30 minut i to w takim stylu, że Bayern wydaje się nie mieć w tym spotkaniu żadnych szans – a jednak w końcowym rozrachunku okazuje się lepszy. Gdyby nie głupi strzał Robbena, mielibyśmy dogrywkę, czyli przedłużenie uczty – gdyby bramka padła wcześniej, byłyby szanse na wyrównanie…

Czyż taka piłka nożna nie jest piękna? A jej zasady, choć proste i niezmienne, prowadzą do fantastycznych rozwiązań, w imię których w starciu drużyn o podobnej klasie nigdy nie ma zespołu bezdyskusyjnie pozbawionego szans. Każda minuta może odwrócić los meczu, już ta pierwsza i jeszcze ta końcowa, w doliczonym czasie. Czyż to nie jest fascynujące, że oko kibica cieszą co kilka dni najpiękniejsze bramki zdobywane na wszystkich kontynentach, niezależnie od barw klubowych i nazwisk strzelców? Czy podobnie jest w siatkówce, koszykówce, hokeju lub rugby? Czy w innych dyscyplinach z taką samą częstotliwością widzimy fenomenalne zagrania?

Oglądałem z dziką radością mecz dwóch niemieckich drużyn, choć latami nie cierpiałem niemieckiego futbolu, preferując radosną południową piłkę rodem z Włoch i Hiszpanii. Czy to wszystko z powodu trzech Polaków? Nie, bo przecież Bayern także zagrał wczoraj znakomicie, był o łut szczęścia lepszy, trzeba to docenić. A ileż mnie kiedyś obchodziła niemiecka liga, kto z kim, kto na czele? Czy tylko z powodu Polaków obchodzi mnie dzisiaj? Chyba jednak… tak.

Oni zrobili w Polsce więcej dla promocji niemieckiej ligi niż ktokolwiek przed nimi.

TU PACZ! Ciągle mi żal, że to właśnie my nie potrafimy w pełni zdyskontować ich popularności. Trójka wybitnych sportowców z Dortmundu mogłaby pokazywać swoje twarze nie tylko w reklamie Opla – powinniśmy ich widzieć w dużej, opłacalnej dla nich!, światowej kampanii reklamowej polskich inwestycji, marek czy walorów turystycznych i kulturalnych naszego kraju.

Moglibyśmy wreszcie nauczyć się wykorzystywać potencjał takich nazwisk, ich światową rozpoznawalność. Wspierać ich, pomagać, ale i wykorzystywać. Justyna Kowalczyk, Tomasz Majewski, Hołowczyc, Kubica, Małysz, Gortat i kilkoro innych sportowców najwyższej  klasy, na swoich czapkach czy kurtkach – zamiast logo komercyjnych marek – mogą mieć przecież (choćby) hasło „Polska zaprasza”, w kilku językach – zależnie od okoliczności, na bardzo dobrych, merkantylnych zasadach. To by znaczyło, że nasze państwo popiera ludzi z pasją, wybitnymi umiejętnościami i wielkimi sukcesami, że potrafi ich należycie docenić, że umie też promować się poza własnymi granicami.

Czy byłoby to dziwne, głupie, nieskuteczne? Nie, przeciwnie, to by nas wyróżniało wśród innych państw. Budowało naszą pozycję.

Fot. AFP, Getty Images, Arch.

Do góry