Non nobis solum nati sumus... Znów skandynawskie arcydzieło!

07-05-2013, 09:00
Kategoria: 

Non nobis solum nati sumus... Znów skandynawskie arcydzieło!

Nikt tak nie umie. Nikt! Tylko oni. Szwedzi i Duńczycy. W tej kolejności, ostatnio – ze wskazaniem na tych drugich. Choć – nie czarujmy się – ci pierwsi byli pierwsi.

Czy to długa zima, chłód, grzane wino, zaśnieżone pola, zimne fale bijące o brzeg, grube wełniane swetry, deszcz – czy to czasami, rzadko, złociste łany  zbóż, wszechobecny rzepak, ale lata jednak mało, a jeśli już lato – to na pewno czerwiec, przesilenie, wtedy są tańce w plenerze? Wszystko jedno, i tak nie wiadomo: JAK?

Jak oni to robią? Te książki, te filmy, te klimaty… Są piekielnie skuteczni, piszą tak, że im wierzymy, zarywamy noce, w ciągu dnia myślimy tylko o tym, żeby wieczorem wrócić do lektury i czytać, żeby wreszcie rozgryźć, dowiedzieć się, poznać tajemnicę...

Byli już Mankell, Larsson, Nesser, Dahlowie (Arne i Ola Kjell), jest  wreszcie Hewson. Hewson? WTF?! Przecież David Hewson  nie jest Szwedem, ani nawet Duńczykiem, on w ogóle nie jest Skandynawem!!!  

Bo Hewson to przypadek szczególny, wyjątkowy, być może potwierdza tylko regułę, że jednak… Skandynawowie są de best...

Normalnie jest tak, że film (serial) powstaje na podstawie książki, prawda? W przypadku „The Killing” („Dochodzenie”) jest dokładnie odwrotnie.

Ceniony w Wielkiej Brytanii, choć u nas niemal zupełnie nieznany, autor sensacyjnych powieści,  David Hewson napisał ośmiusetstronicową znakomitą powieść na motywach scenariusza najlepszej produkcji kryminalnej ostatnich lat. Sam pisze we wstępie: Stworzenie epickiego kryminału  z epickiej tragedii kryminalnej to wyczyn  nie lada, zwłaszcza jeśli akcja rozgrywa się w kraju, którego wcześniej nie odwiedziłem, odległego o miliony kilometrów od ciepłego, przyjaznego klimatu Włoch, gdzie umieszczam bohaterów większości swoich książek.

Plan się powiódł, Hewson uniósł ciężar gatunkowy filmu i nie bez powodu pisze o epickiej tragedii. Bo też duński „Forbrydelsen”, serial sprzed dwóch lat,  jest niezwykły. Nie tylko za sprawą znakomitej Sofii Gråbøl, która w rolę kopenhaskiej komisarz Sarah Lund wcieliła się absolutnie – nie znajduję lepszego słowa.

Fot. Kil

Gråbøl STAŁA SIĘ Lund – profesjonalną, twardą, pewną siebie, bezkompromisową, inteligentną policjantką, która życie osobiste zawsze odsunie na drugi plan, myśli wyłącznie o prowadzonym śledztwie, je byle co, byle gdzie, a wełniane swetry w duże wzory, prawie zawsze czarno-białe, kupuje w domach sprzedaży wysyłkowej. Szkoda czasu na inne sprawy, nie liczy się matka, nastoletni syn, nie liczy się nowy partner życiowy. Lund nie ma życia poza firmą, powiedzmy to sobie otwarcie.

Komisarz Lund to  archetyp wywiadowcy, ale przecież nie pracuje sama, a właściwie powinna była już być w samolocie do Szwecji, tam znalazła nową miłość (ciekawe kiedy???) i nową, spokojną pracę na prowincji. Tylko jeden dzień, wieczorem lot, koledzy już pożegnali szefową. Ostatni dzień i… ostatnie wezwanie… Zawiązanie akcji wydaje się nudne, jak w setkach podobnych powieści i tysiącach kryminalnych filmów. Bo oto – co za banał – w zatopionym samochodzie znalezione zostają zwłoki dziewiętnastoletniej Nanny Birk Larssen (w serialu dziewczyna miała na imię Rosie). Zajrzyj do Empiku, co drugi  kryminał zaczyna się w taki sam sposób...

Tymczasem to, co wymyślili Duńczycy, to majstersztyk sztuki serialu, a książkę, która polecam i którą musisz mieć!, zawdzięczamy serialowi właśnie.

Dlaczego musisz ją mieć?

TU PACZ! Bo dramat jaki rozgrywa się na jej kartkach ma kilkanaście poziomów. Bo w życie zwyczajnej kopenhaskiej rodziny wdziera się zbrodnia, bo bez powodu i bez przyczyny wchodzi do tego domu brudna polityka, bo nic, absolutnie nic nie jest takie, jakie się wydaje, bo śmierć dziecka zmienia wszystko. A w tle fabuły trwają wybory burmistrza Kopenhagi, kampania wyborcza to nie jest coś, co dzieje  się daleko, w Ratuszu, w telewizji, bo – okazuje się – to wszystko dotyczy rodziny Larssenów. Jak to możliwe? Skąd takie powiązania? Co wspólnego mogła mieć licealistka i czterdziestoletni kandydat na burmistrza?

Nieufność, złamane obietnice, mroczne tajemnice z przeszłości, pęknięcia – wszystkie złe moce i demony, i konsekwentne, drobiazgowe, pełne błędów śledztwo. A także refleksja na temat współczesności.  „Non nobis solum nati sumus” (nie dla siebie samych na świat przyszliśmy) – tę myśl Cycera przytacza Hewson jako motto.  Wszystko to mamy w pakiecie.

„The Killing” to absolutne mistrzostwo w swoim gatunku. To obowiązek: mieć.

PS. Jest też amerykańska wersja serialu, kilka odcinków reżyserowała Agnieszka Holland, a rolę komisarz Lund gra rudowłosa, a zimna jak lód Mirelle Enos.

Fot. Kiling_kolaz

Do góry