Łaziki majowe między żenadą i niewidzialnym miastem

11-05-2013, 09:00
Kategoria: 

Łaziki majowe między żenadą i niewidzialnym miastem

A chciałoby się napisać: latawce. Bo jestem w locie-przelocie niemal każdego dnia, łapiąc chwile ulotne i pociągi. I wkurzając się, i ciesząc, i złorzecząc losowi, i wychwalając los pod niebiosa.

Wczoraj najpierw spotkanie w ArtBistro PoProstu przy Czerniowieckiej (podają genialne brownie!), czyli uczta dla podniebienia, a potem długa podróż do Szczecina w towarzystwie trójki podkomuszałych profesorów, specjalistów od ekonomii i zarządzania, czyli – pospolita, prostacka żenada.

Fot. prof

1. ŻENADA

O nich – muszę najpierw! Wyciągnęli flaszkę, kupili colę i wodę na popitkę, byliśmy niemal sami w długim wagonie bez przedziałów, z nimi kobieta, z tytułem doktora i mózgiem Wielkiego Ptaka z „Ulicy Sezamkowej”, z tym że ubrana na różowo, nie na żółto.

Charakterystyczne dla takich spotkań… Gdy jedno z uczestników wychodziło do toalety lub baru, pozostali w wagonie obrabiali mu tyłek. Na ostro. Wychodzili na przemian i naprzemiennie rąbali sobie dupska. Profesura.

Jak tłuszcza, której alkohol rozwiązuje języki, im bliżej byliśmy Szczecina, tym oni głośniej i dobitniej mówili. O czym? Głównie o własnej przeszłości, o kolegach z komitetu partyjnego i ich dzisiejszych synekurach, o nieudanych aplikacjach i straconych szansach na stypendia, o grantach, ale najwięcej – o negatywach i pozytywach. Czyli o ocenach prac habilitacyjnych i recenzjach opracowań naukowych. Robionych za pieniądze i dla pieniędzy.  

Bez żenady, jeden drugiemu i trzeciemuprzypominali/wypominali ustawiane profesorskie oceny:

– Ja byłem wtedy ten zły pies, hahahaha, a Michaś miał być ten dobry! Ja napisałem Cz. pozytywa, wynosiłem go pod niebiosa, a Michaś – Michale, pamiętasz? – Misiek się wtedy pomylił i chłop dostał dwie pozytywne, ale to jaja były wtedy, na cały wydział…

– Bardzo przepraszam, to ty się pomyliłeś, miałeś pisać negatyw, a ja pozytyw!

– No weź nie mów! Przecież on nie powinien w ogóle pisać tej pracy! Do czterech nie potrafi zliczyć! Ty go znasz, Andrzej, tego Cz., on teraz prowadzi… czekaj… gdzie on teraz…

– Nieważne, to burak jest, magistra nawet nie powinien dostać! Ja mu to kiedyś powiedziałem w oczy, czoeku, ale się wkurwił! Napisał takie dno, że powinniśmy go na szczaw wysłać! Dwa negatywy!

I tak przez ponad pięć godzin. Kombatanckie relacje z profesorskich ustawek, kompleksów i frustracji, cenniki za recenzję, ciche kopniaki w górę i mocne kopy w dół. Powinienem ich nagrać, wręczyć nagranie rektorowi, może zamknąłby im karierę na uczelni – tacy ludzie nikomu nie powinni torować lub blokować dróg do kariery. Jeden zresztą, rąbiąc tyłek drugiemu, powiedział najcelniejsze zdanie tego wieczoru: on się specjalizuje w forsie i sianie, przy czym jednego od drugiego nie odróżnia…

Bez komentarzy.

2. NIEWIDZIALNE MIASTO

Czytam, a właściwie przebijam się przez „Niewidzialne miasto” – książkowy efekt kilkuletniego programu badawczego pod tym samym tytułem, wydany przez Fundację Nowej Kultury Bęc Zmiana. Wśród autorów między innymi Marek Krajewski, Rafał Drozdowski, Maja Brzozowska-Brywczyńska, Bogna Kietlińska i wielu innych.

To naukowy opis fenomenu polskich miast: prozaicznych działań wykonywanych przez anonimowych autorów, samych mieszkańców, którzy (często bezwiednie) przekształcają przestrzeń miejską, nadają monotonnymi bryłom, przedmiotom czy przestrzeniom nową duszę, znaczenie, indywidualny koloryt.

Sami wytyczamy ścieżki w naszych osiedlach – bez względu na zaplanowane przez projektantów szlaki, wydeptujemy własne skróty na trawnikach. Dekorujemy balkony, okna, drzwi, elewacje, płoty – chcąc zaznaczyć własną odrębność, obecność, istnienie. Wytwarzamy w miejskiej tkance nowe wartości, ingerując w ustawienie mebli miejskich, dekorując przydomowe ogródki czy place zabaw dla dzieci, dając osobliwe szyldy swoim sklepom i malując swoje samochody w niespotykane wzory. Deformujemy miejską zabudowę po swojemu. Formujemy nasze miasta na nowo.

Czytam właśnie o miejscach nieformalnych, o klubach tworzonych na dziko, o subkulturach, które wyciskają swoje oazy w betonowych osiedlach, o roli lokalnej wspólnoty, chęci i sposobach bycia razem. O tekstach na murach i o kolorach na murach.

Ten projekt był pierwotnie koncepcją dokumentacyjno-fotograficzną, a w wersji, którą właśnie otrzymaliśmy, rozrósł się do liczącego ponad 350 stron szczegółowego, socjologiczno-antropologiczno-kulturoznawczego studium naukowego.

Fot.nm_kolaz

Profesorskie moczymordy dałyby mu być może „negatyw”, ale czniajmy to: takie opracowania są potrzebne! Szkoda tylko, że ich język – hermetyczny, sztywny, naukowy, środowiskowy – nie daje żadnych szans dotarcia do szerszej grupy odbiorców. Książka jest ważna, potrzebna, ale mam wrażenie, że powstała głównie po to, by… zostać napisaną. Był grant badawczy, praca została wykonana – nie wiem jedynie, z myślą o kim? Kto ją przeczyta z przyjemnością, jeśli trafi na takie oto wyrafinowane kwiatki: Pokusiliśmy się o zaproponowanie typologii trzech form uobecniania się tak pojętej władzy eksperckiej…?

Albo to: Tym razem po jednej stronie kontinuum należałoby usytuować te skonstruowane jako swego rodzaju „nachalne ekspozycje”, jako miejsca, które starają się być jak najbardziej transparentne i które jawić się mogą jako społeczne  wizytówki ich właścicieli/gospodarzy/użytkowników (przykład: wypielęgnowane działki lub traktowane z nie mniejszą pieczołowitością miniogródki powstałe w wyniki „aneksji” trawników dokonanej przez mieszkańców parterowych mieszkań w blokach zbudowanych z wielkiej płyty.

Rozumiem ten język, jego rolę, celowość, ograniczenia, jego uobecnioną ważność. Ale widzę w nim swoiste naukowe kalectwo: musi być uczenie, bez odpowiedniego poziomu abstrakcyjnej „uczoności” nie ma dzieła naukowego o właściwej wadze badawczej. No i pewnie też nie ma grantu.

Trochę się pastwię, bo sam temat wydaje mi się arcydoskonały, wiele spostrzeżeń daje naprawdę powód do zadumy nad sposobami wypełniania treścią naszych miast, ale sam sposób napisania, język, jego ornamentyka, wielopiętrowe figury retoryczne – sorry, to nie jest do czytania. To jest do postawienia na półce. Choć próbuję czytać. I momentami nie daję rady, czując, że nikomu nie zależało, by ktokolwiek poza wtajemniczonymi przebrnął przez ich dzieło.

Nawet fotografie, a mogłyby być dźwignią tej książki, mają często wielkość znaczka pocztowego, co gubi sens ich publikacji. Szczęśliwie – więcej ich można znaleźć w serwisie internetowym projektu.

A tu: dwie moje wrzutki z miejskich przestrzeni…

Fot. bmw

Fot. ryba

3. NAZWAŁEM TO: STRACH!

Małe pnącze owinięte wokół jednego z miejskich płotów, ledwie wybiło wiosenną czerwienią, ale przez surrealistyczny kształt – oczy, nos, jęzory – ma demoniczną moc. Musiało tu zostać na dłużej!

Fot. strach2

Do góry